fot. Fabryka ujęć

po co nie żyjemy?

fot. Fabryka Ujęć. Dlaczego młode małżeństwo, na tak zwanym dorobku, które całkiem nieźle radzi sobie z tym dorabianiem, postanawia wszystko przewrócić do góry nogami? Odejmować sobie od ust w trakcie wielkiej uczty, kiedy stół jeszcze suto zastawiony? Pragnę podzielić się z Wami dogłębniej tym, co nami kieruje. Nie da się w kilku zdaniach. Uwaga, długi, filozoficzny wpis.

Pytaniem po co żyjemy zajmują się filozofowie i religie świata od zarania dziejów. Bowiem każdemu człowiekowi, któremu aktualnie nie burczy w brzuchu przyjdzie na myśl wreszcie to pytanie. Choć raz w życiu. Przecież nie da się przejść obojętnie obok faktu, że jesteśmy jedynymi znanymi nam istnieniami w nieogarnionym ludzkim umysłem kosmosie. Że jest tylko jedna, znana nam dotąd kulka kręcąca się nie widzieć czemu w jakiejś olbrzymiej próżni, na której możliwe jest nie tylko egzystowanie, ale i życie. Ziemią po prostu nie da się nie zachwycić. Prób odpowiedzi na to pytanie było i będzie wiele. Prawda jest tylko jedna i na pewno nie dowiemy się jej póki żyjemy, dlatego nie będę się zajmować moją wersją odpowiedzi na to pytanie, choć wierzę, że znam odpowiedź. Zajmę się tym o czym jestem przekonana na pewno, po co nie żyjemy. Pytanie poprawnie po polsku powinno brzmieć „po co żyć nie powinniśmy”, ale niech będzie odrobinę przewrotnie.

Nie żyjemy, po to aby pracować.

Pobawmy się tą składnią. Żyjemy po to, aby nie pracować. Większość odbiorców takiego zdania, powie jego autorowi, że jest leń. Kiedy przestawimy „nie” na przód uzyskujemy bardziej akceptowalną składnię – Nie żyjemy po to, aby pracować. Ja jednak pełen sens wydobyłabym, przestawiając przecinek uzyskując Nie żyjemy, po to aby pracować. Biblia mówi o tym, że człowiek zanim urodzi się na nowo, czyli odda swoje życie Bogu, jest martwy wewnątrz. Konkretniej żyje jego ciało i jego duch, czyli to co odpowiada między innymi za naszą świadomość i wolę, ale martwa jest dusza, czyli ta część, która umożliwia nam życie wieczne. Wiele świadectw nawróceń zaczyna się od tego, że człowiek, który nie znał Boga, porównuje swoje życie do życia zombi. Sama o swoim życiu też bym tak powiedziała. Jest to życie pozbawione prawdziwego sensu. Można sobie lepiej lub gorzej próbować wytyczać cele do osiągnięcia, można próbować realizować jakiś plan, który ma nadać naszemu życiu znaczenie, ale nic z tych rzeczy nie zaspokoi pragnienia zrozumienia, dlaczego jestem tu gdzie jestem. Dlaczego jesteśMY – ludzie, tu gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Zatem możemy tylko zagłuszać prawdziwe pytanie, płynące w sercu Homo Sapiens. Ja uważam, że praca w rozumieniu ludzi cywilizacji zachodniej, to główna przyczyna tego, że ludzie są żywymi zombi. Że to zawód i jakość jego wykonywania rzekomo określają naszą wartość jako ludzi, bo tak nam wmówiono. Określają czy jesteśmy przydatni rodzinie i społeczeństwu. Praca, która zajmuje nam co najmniej (w najlepszej możliwej wersji pracy przez 5 dni w tygodniu po 8 h dziennie) 1/3 życia poza snem, sprawia, że pozostałe 2/3 stają się czasem na pracę niezawodową tj higiena wokół siebie, pozyskiwanie żywności i ubrania (czyt. zakupy), przemieszczanie się, jedzenie i zaspokajanie bieżących potrzeb ludzi wokół nas np. rodziców, dzieci, współmałżonków i przyjaciół. Brzmi bardzo rutynowo. I jak byśmy tego nie ubarwiali – czy tym, że umiemy czerpać z drobnostek, czy tym, że sami sobie narzucamy ulubiony rytm będąc tak modnymi dziś freelancer’ami, wciąż jest to życie według schematu, który sprowadza człowieka do roli mniej lub bardziej pogodzonego z tym faktem robota, wypełniającego cały swój narzucony odgórnie przez świat wokół harmonogram. Czy uważam, że praca jest zła? Skądże! Praca uszlachetnia! Praca nas rozwija, praca sprawia, że nasze życie się zmienia. Dzięki pracy żyjemy. Np. dzięki gromadzeniu zapasów mamy co jeść. Ale myślę o pracy na rzecz życia, a nie pracy zawodowej, czyli na rzecz czyiś (i naszych i naszych pracodawców i naszych kontrahentów i naszych rodzin itd.) dóbr materialnych. Czy ja wiem co mówię? No chyba wiem. Mój mąż prowadzi działalność gospodarczą od jakiś 18 lat. Kiedy go poznałam, pracował o 5 rano do 20.00 a czas na spotykanie się ze mną miał jedynie w nocy, kosztem snu, dlatego zamieszkaliśmy ze sobą po miesiącu znajomości. Teraz pracuje trochę mniej, bo część pracy przypadła na jego pracowników, ale wciąż zdecydowanie za dużo, jeżeli odnieść to do tego co napisałam powyżej. Ta działalność to nasze wspólne źródło utrzymania, więc siłą rzeczy obojga nas bezpośrednio dotyczy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że czasy samowystarczalności gospodarstwa domowego dawno już minęły i naprawdę wymagałoby niesłychanej organizacji wrócenie do takiego modelu. Jest to moje nieosiągalne marzenie, ale będę się trzymała bardziej osiągalnej i realnej drogi. Zatem kiedy nie da się być samowystarczalnym, bo trzeba kupić chociażby prąd (można z niego zrezygnować, tylko po co :)), nie da się żyć zupełnie nie pracując zawodowo. Ale pytanie jest ile trzeba pracować i ile zarabiać, żeby móc zaspokoić swoje i swojej rodziny podstawowe potrzeby. Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Nasza odpowiedź brzmi – zdecydowanie mniej niż teraz.

Nie żyjemy dla siebie.

Dlaczego? Bo jeśli odwrócimy to stwierdzenie – żyjemy dla siebie, pozbawia ono od razu życie jakiegokolwiek sensu. Bowiem skoro każdy z nas umrze i jeśli nie znajdzie drogi ku życiu wiecznemu, niezależnie od tego w co wierzy, wraz ze śmiercią zakończy to czego dokonał, dorobił się i zgromadził za życia, to co mu z tego, skoro ani tego nie zapamięta, ani tego nie zachowa? Życie dla siebie byłoby gromadzeniem czegoś – wspomnień, wrażeń, dóbr, uczynków i czego tam jeszcze chcecie, tylko na czas życia. To tak jakby sens miało gromadzenie zapasów jedzenia tylko na czas urodzaju. No bez sensu, przyznacie. Zatem uznajmy, żyjemy dla innych. Bo nasze życie oddziałuje na życie innych ludzi nawet na długo po naszej śmierci. Np. życie Mikołaja Kopernika i innych odkrywców czy uczonych oddziałuje na nasze do dziś. Co zatem z tego wynika. Pozwolę Wam samodzielnie odnieść to do własnego życia ;).

Nie żyjemy, aby żyć.

Żyjemy, aby umrzeć. Wielu ludzi Wam tak powie. Głównie niewierzących. A ja, wierząca powiem to drukowanymi: ŻYJEMY, ABY UMRZEĆ. Bo tylko umierając, możemy żyć wiecznie. I nie chodzi tylko o śmierć naszego ciała, ale przede wszystkim o śmierć tego, kim byliśmy/jesteśmy, aby stać się tym, kim stworzył nas Bóg. Jakieś filozofie mówią o śmieci ego. Jest to prawda wyrwana z kontekstu całości, bo nie jest możliwa prawdziwa śmierć ego, bez Niego – bez udziału Jezusa. Ja umarłam dla siebie, a żyję dla Jezusa. A przy okazji dla wszystkich ludzi, bo Bóg kocha każdego tak samo mocno jak i mnie. Polecam Wam gorąco. Wystarczy zwrócić się do Jezusa jakkolwiek prosto, chociażby „Jezu, jeżeli jesteś prawdziwy, proszę, zmień moje życie.” On nie opuszcza tych, którzy go szukają.

Reklamy

5 Comments

  1. Bardzo wartościowe jest wysłuchać kogoś o całkowicie odmiennych poglądach a mówiącego w sposób w którym od razu można rozmarzyć się ;]

    Polubienie

  2. Anna

    Potrzebowałam tego tekstu teraz- dzisiaj i na tym etapie mojego życia – więc bardzo Ci dziękuję!
    Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Możliwość komentowania jest wyłączona.