Dom nieidealny? Biorę!

Zaprojektować sobie idealny dom jest jak narysować sobie „zaczarowanym ołówkiem” idealnego partnera, który jak w bajce, stanie się rzeczywistością. I co dalej? Taki księciunio nigdy nie pomyli twojego imienia, nigdy nie ubierze się obciachowo, nigdy nie nasika po pijaku do szafy. N U D A. Nie będzie co wnukom opowiedzieć.

Kiedy studiowałam architekturę wnętrz (tak, tak… dawno dawno temu <oczko> studiowałam ją przez 5 semestrów, potem rzuciłam jak 3 poprzednie kierunki studiów…) w ramach jednego przedmiotu zaprojektowałam sobie idealny dom, który teraz sprzedaję :). Czy dlatego, że okazał się nie być jednak idealny? Nie. Dlatego, że to co wydawało mi się największym marzeniem o wnętrzu, tak zwanym ideałem, okazało się nie wnosić niczego do mojego życia. Jest ładne, fajne, lubię na te „idealne” elementy patrzeć, ale… mogę zupełnie szczęśliwie bez tego żyć.

Tak zwany idealny dom to realizacja marzeń, których realizacji skutków nie znamy. <applause>

Powiecie, ok, można żyć nawet bez butów, ale czy to oznacza, że mam sobie nie kupować wymarzonych butów, tylko dlatego, że da się żyć boso? Nie to mam na myśli. Dążę do czegoś innego. Nie musisz się ze mną zgadzać. To mój punkt widzenia, oparty na moich doświadczeniach i mojej perspektywie. Uważaj. Załóżmy, że Twoje wymarzone buty kosztują dwie wypłaty i nie możesz sobie na nie pozwolić. Szukasz więc czegoś podobnego, co da Ci podobną użytkowość czy wrażenia estetyczne i kupujesz buty za rozsądną cenę, albo znajdujesz absolutny hit, coś z tej beczki, może nie do końca ten fason, ale za dwie dychy w lumpie. W tym czasie Twój mąż wygrywa w rmffm trochę grosza i postanawia zrobić Ci niespodziankę. Dostajesz te wymarzone buty. Co się dzieje? Założę się, że w większości, naprawdę przeważającej większości przypadków, stwierdzasz, że są fajne, ale opcja rozsądna i opcja hit z lumpa w zupełności by zaspokoiły Twoje potrzeby, które miały zaspokoić tylko te wymarzone buty. Mówiąc jeszcze dosadniej: chciałam mieć większe cycki, a teraz chcę już mniejszy nos. Wiem, wiem. Teraz idzie pytanie: 7ko, a co jeśli mam tyle kasy, że może sobie kupić te wymarzone? To sobie kup i zobacz sam/sama.

No i z tym domem… O idealnym domu post.                      Jak poczytacie sobie jakieś wywiady z projektantami, albo architektami, to dowiecie się, że większość lubi projektować, kiedy są ograniczenia, czy jakieś nieprzekraczalne ramy, bo to paradoksalnie wyzwala kreatywność. Kiedy jest jakaś nietypowa działka, albo jakaś zastana technologia, do której trzeba się odnieść, albo zwyczajnie inwestor nienawidzi żadnego odcienia szarości włącznie z bielą i czernią. I wtedy można poszaleć! Rozwiązywanie „problemów” to zadanie o wiele bardziej satysfakcjonujące, niż kreowanie idylli. Jakiś architekt/projektant na pokładzie ma inaczej? Może kreowanie to rzecz Boska, a my ludzie mamy daleko lepiej rozwinięte odnajdywanie się w rzeczywistości zastanej? Nie wiem, w każdym razie taka sytuacja.

Idziemy dalej z tą myślą droga wycieczko, kto jeszcze nie śpi, zapraszam schodami w dół.

Dom nieidealny to ten, w którym jest coś z ideału, ale jest też jakieś „nie„. I z tym „nie„, trzeba sobie poradzić na tyle sprytnie, żeby stało się najlepszą, albo chociaż nieoczekiwanie dobrą składową projektu. Jak „niepotrzebny skrawek” stropu przy schodach u mojej BVBD Mai (Majka, potem Ci wytłumaczę), który obecnie ma jeszcze zastosowanie lanserskie – udowadnia każdemu wkraczającemu po schodach jegomościowi, że udało jej się przekroczyć magiczną średnią krajową 1,5 kupionej książki na rok.

W naszym nowym domu nieidelanym jest wiele nie: niestoczterdzieścim2 parteru, niemałazienki, nieustawne pokoje, niewysoska piwnica, niewiemgdziebędętrzymaćkurtki. I już się nie mogę doczekać, kiedy będę mogła wszystkie te i jeszcze więcej nie zamienić na idealne.

Reklamy

4 Comments

  1. Masz rację – trudno w tej dziedzinie osiągnąć ten ideał ponieważ nasze życie się zmienia i za tym idą inne potrzeby, więc nie liczyłabym tak romantycznie, że uda się kiedyś osiągnąć ten idealny kształ i funkcję i inne urokliwe aspekty w dziele zwanym „domem”. Co do twojego podchwytliwego pytania czy sa jacyś bezczelni architekci :))), którzy nie lubią ograniczeń to proszę – dopisz mnie do czarnej listy. Nie lubię się męczyć, przekraczać czyjeś ograniczenia, łagodzić lęki i przezwyciężać uprzedzenia – chcę wreszcie mieć wolną rękę i głowę – przyznaję, że nawet nie wiem jak to jest – tak po prostu mieć carte blache 🙂 Pozdrawiam

    Polubienie

    • Hm. Moje pytanie nie miało mieć wydźwięku, że każdy projektant który śmie się wychylić, że sądzi inaczej dostanie gonga prosto w nos ;). Zupełnie przeciwnie. Raczej kieruje mną ciekawość, bo znam kilkoro projektanktów, którzy potwierdzają opisane przeze mnie stanowisko, ale kilkoro to nie wszyscy, ani nawet większość wszystkich. Ale wszystkie opinie jakie do tej pory znałam były na tak, więc zaskoczyłaś mnie :). Może dodam, że głównie mam na myśli ograniczenia wynikające ze specyfiki przestrzeni głównie, a nie życzenia klientków w klimacie Alladyn do Dżina. W końcu architektura wnętrz od ograniczeń się zaczyna, bo wnętrze zawsze jest jakoś ograniczone bryłą, a co za tym idzie ma określony układ, wielkość, światło itd.
      Jak dla mnie rozwiązywanie pozornie trudnych problemów jak np. gdzie upchnąć pralkę w małym mieszkaniu, dużo bardziej wyzwalają moją kreatywność niż opcja „masz 200 m2 otwartej przestrzeni – zrób tam cokolwiek” ;). Chciaż teraz to już nie wiem… Może jednak masz rację 😛

      Polubienie

  2. Prawda. Bez ograniczeń jest…nudno, i o dziwo, trudno. Wydaje mi się że gdy nie ma wroga z którym trzeba walczyć, to i satysfakcja mniejsza i sensu nie widać.
    A teraz się tłumacz;)))))

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.