Człowieku, NIE MUSISZ, do cholery, być szczęśliwy!

Nie musisz być doskonały, bo i tak nie będziesz. Nie musisz być szczęśliwy, chociaż możesz. Musisz tylko przestać cokolwiek musieć. Możesz być wolny.

Czuję się człowiekiem szczęśliwym i spełnionym, ale kiedy czytam te wszystkie motywujące papki, na chwilę tracę wewnętrzną równowagę. Wszystkie zaczynają się od MUSISZ. Musisz uwierzyć w siebie, musisz marzyć, musisz zacząć realizować marzenia, musisz mieć pasję, musisz mieć cel, musisz mieć odwagę… musisz musisz musisz i jak to czytasz to już się dusisz. A co jeśli nie mam? Patrzysz na wirtualne życie osoby która Cię karmi taką papką i myślisz sobie „no tak, ta/ten to ma cel, pasję, marzenia i odwagę by je realizować… nic dziwnego, że jest szczęśliwa/y. Ale ja nie umiem w sobie tego znaleźć.” Człowiek, który ma te wszystkie musy i Cię nimi karmi, uchodzi za szczęśliwego. Czy jest nim w rzeczywistości, nie wiem, śmiem powątpiewać, ale o tym później. A człowiek, który nie czuje się szczęśliwy i tych musów nie ma, kiedy czyta, że MUSI się wziąć w garść i zacząć coś tam, w większość wypadków pogrąża się w jeszcze większej niemocy. Bo jeśli sam z siebie nie umiał przez całe życie znaleźć w sobie pasji do życia, to nie znajdzie jej po przeczytaniu kilkuset a nawet kilkutysięczno znakowego wpisu, w którym ktoś próbuje udowodnić, że to nic trudnego i trzeba chcieć. Ale przecież ten pogrążony chce i wciąż jest to dla niego niewykonalne. Jak żyć Pani premier?

Uświadom sobie, że niczego nie MUSISZ. Nawet być szczęśliwy nie musisz. Nie daj sobie tego wmówić.

Najpierw my, Polacy, mieliśmy „depresję totalną, dlatego, że nie ma słońca” [Kazik], a przy okazji dlatego, że byliśmy zaszczuci systemem, nie mieliśmy kolorowych ubrań i kolorowych bloków. Polacy – naród umęczony, z tęsknotą patrzący na kolorowy zachód, aż lśniący od białych, do obrzydzenia „szczęśliwych” uśmiechów. Teraz kiedy już mamy kolorowe sklepy z kolorowymi ubraniami i kolorowe blokowiska, pomimo braku „słońca przez 7 miesięcy w roku” [dalej Kazik] jak grzyby po deszczu lub domy publiczne w Krakowie, głównie w wielkich miastach, wyrastają szczęśliwcy i szczęściarze. Posiadacze szczęścia. Częściej zawodowego niż rodzinnego, ale obie te kategorie rywalizują ze sobą o miano dającej go najwięcej. I zaczęła się moda na bycie szczęśliwym. Więc wszystkie portale społecznościowe epatują szczęśliwymi ludźmi. Rzadko, od czasu do czasu okazuje się, że któryś z nich popełnił samobójstwo, albo rozwiódł się z tą piękną, uśmiechniętą jak Colgate żoną, ale reszta niewzruszenie trwa w szczęściu. Mamy całe setki tysięcy blogów szczęśliwych ludzi. Jedni realizują się zawodowo, inni rodzinnie, jeszcze inni na obu tych polach przodują. I coraz chętniej obdarowują nas informacjami o swoim szczęściu, „inspirują” nam wakacje, sposoby spędzania wolnego czasu, talerze… Bo my wszyscy jesteśmy pewnie nieszczęśliwi. Szczególnie kiedy nie epatujemy naszym szczęściem na cały internet.

Ale paradoksalnie jeszcze nikt się nie najadł samym byciem najedzonym. Nikt się nie nasycił byciem nasyconym.

Ktoś, kto twierdzi, że jest szczęśliwy BO … spełnia się w czymś, żyje w jakiś tam sposób itd, kiedy zostanie pozbawiony swojego „bo”, przestanie być szczęśliwy. Ja na przykład, żyjąc w blokowisku, wierzyłam, że jedyne, czego mi trzeba do szczęścia, to życie na wsi. Miałam i mam kochającą rodzinę, miałam poczucie satysfakcji związanej ze studiami, miałam pasje, czułam, że mieszkanie z dala od miasta jest jedyną „rzeczą”, której mi brakuje. Po przeprowadzce na wieś, ku mojemu zdziwieniu, pojawiły się na horyzoncie kolejne „rzeczy”, które są konieczne do dopełnienia mojego poczucia szczęścia. Nie to, żebym na pytanie, czy jestem szczęśliwa odpowiedziała, że nie. Absolutnie. Powiedziałabym, że jestem. Ale… „będę jeszcze szczęśliwsza, kiedy będziemy mieć podłogę”. Albo „będę jeszcze szczęśliwsza, kiedy nie będziemy mieć kredytu”.  Można tak w nieskończoność.

Kiedy masz dużo powodów do bycia szczęśliwym, pojawia się też poczucie winy, bo inni mają gorzej i bywają szczęśliwi, a Ty masz tak wiele i wciąż Ci czegoś „brakuje”. Więc odczuwasz presję – „muszę być szczęśliwa”. I próbujesz to szczęście jakoś nazwać. Zdefiniować, zaobserwować i usystematyzować, żeby jak najwięcej powodów do szczęścia pojawiło się w twoim grafiku, tak, żeby jechać ciągle na tej euforii. Dla jednych zamazywanie „braków” bedzie okresową euforią udanych zakupów, dla innych radością uprawiania sportu, dla jeszcze innych częstym kontaktem z przyrodą. Dużo bodźców i dużo mocnych bodźców. Ciągły szczyt. Wtedy pojawia się myśl „jestem szczęśliwa/y BO”.

A jesteś gotów/gotowa, aby być szczęśliwa/y POMIMO?

Pomimo tego, że nie masz żony/męża/dzieci/domu/mieszkania/pracy/przyjaciół itd? Albo pomimo tego, że masz przyjaciół/pracę/mieszkanie/dom/dzieci/męża/żonę?

Człowieku, nie MUSISZ być szczęśliwy. MOŻESZ być, jeśli chcesz. Nie dlatego, że sobie to wmówisz, albo zaplanujesz w pięknie prowadzonym kalendarzu, ale dlatego, że będzie w tobie radość, której absolutnie NIC nie będzie Ci w stanie odebrać, ani absolutnie NIC nie będzie ci w stanie takiej samej dać. Tym źródłem szczęścia jest sens życia. Świadomość tego, że nie jesteś dziełem przypadku, ani zbiegu okoliczności, że jesteś tu i teraz w bardzo konkretnym celu i że jesteś potrzebny, chciany i kochany, niezależnie od tego, jakie okoliczności życia Cię otaczają. Świadomość tego, że Twoje życie służy nie tylko innym, bo każdy z nas wie, że swoim życiem wpływa na życie otoczenia, ale również Tobie.  Że jest start i jest meta. Że bieg nie kończy się kiedy biegacz przestanie biec, ale jest cel biegu. Gdyby maratony wyglądały tak, że biegacz startuje w punkcie A i biegnie dokąd dobiegnie, może i okrążyć Ziemię jeśli da radę i wciąż biec, bo nie ma punktu B, to kto by brał w takim biegu udział? Taki bieg nie miałby sensu. Życie bez mety, bez punktu B, jakbyśmy pięknie nie idealizowali ról życiowych takich jak małżeństwo, rodzicielstwo, przyjaźń i tak dalej, jest wciąż biegiem bez celu.

Ja zaczęłam być szczęśliwa dopiero, kiedy poznałam Boga. Jest moim startem i metą. Jest moim trenerem i moim czasomierzem. Jest moim sponsorem i klubem. Jest moim śniadaniem i moją koszulką. Jest moim numerem startowym i moimi kibicami. Jest moim miejscem na podium i moim honorarium. Jest moim zbiegiem i moimi okolicznościami. Jest moją trasą. WSZYSTKIM. A ja niczego NIE MUSZĘ, aby być przez Niego kochana. Niczego też NIE MOGĘ, aby przestać być przez Niego kochana. Bo Bóg kocha mnie, ale i Ciebie, POMIMO WSZYSTKO*. Nie ma już dla mnie znaczenia, czy biegnę przez las, czy wieś, czy drogą polną czy asfaltową. Jestem szczęśliwa POMIMO tego, że mam tyle powodów do szczęścia i jestem szczęśliwa POMIMO tego, że mogłabym mieć tych powodów jeszcze więcej. Jestem też szczęśliwa POMIMO tego, że mogę mieć tych powodów znacznie mniej. A Ty?

* znacie ten aforyzm: „kocha się nie za coś, ale pomimo wszystko”? Pokażcie mi człowieka zdolnego do takiej miłości, który nie jest chrześcijaninem, więc nie od Boga się takiej miłości nauczył.

** zdjęcie pochodzi z naszej podróży poślubnej. To jest jedyne zdjęcie, które zrobił mi mąż i nie uciął mi żadnej części ciała, złapał ostrość i nie skasował niechcący. Brawa.

Advertisements

6 Comments

  1. Gabi

    Agnieszko, jeżeli nie znasz ludzi, którzy kochają pomimo wszystko i nie wierzą w Boga, to zapraszam do fundacji, schronisk i innych tego typu miejsc, gdzie spotykają się ludzie, którzy kochają niekoniecznie Boga ale innych ludzi lub zwierzęta zbyt mocno. To są ludzie, którzy kochają pomimo wszystko. Pomimo tego, że pies go ugryzł, bo się wystraszył, albo pomimo tego, że człowiek ukradł mu pensję, bo nic innego nie potrafił w życiu zrobić. To są ludzie, którzy są silni i szczęśliwi, bo potrafią kochać. Bóg nie jest odpowiedzią. Miłość jest.

    Lubię

    • Agnieszko. Zwierzęta i dzieci kochać jest najłatwiej. Są bezbronne, zależne od nas. Kto tego nie potrafi, nie jest zdolny do żadnej miłości. Ale czy tej wrodzonej empatii wystarczy Ci, aby kochać bandyte, który wyrwie Ci na przystanku torebkę? Albo lekarza, który przez swój błąd doprowadzi do śmierci kogoś Ci bliskiego? Albo rodziców, którzy zrzekli się praw rodzicielskich, żeby móc oddać się nałogom? Znam ludzi, którzy pomagają bezinteresownie, często bardzo to manifestując światu. Znam. Bóg jest miłością właśnie i uzdalnia nas do tej najczystszej, najszczerszej, najszlachetniejszej

      Lubię

  2. Moim skromnym, szczęście nie ma prawa się dopełnić, kiedy nie ma prawdziwego źródła.
    Woda, choćby była wodą, nigdy nie będzie pyszna, zdrowa i nie „zachemiona”, gdy pijemy ją z innego źródła, niż górski, macierzysty potok.
    Moje źródło Samo mi dobiera czynniki wyzwalające szczęście – w efekcie czuję ukojenie, radość, euforię, poczucie spełnienia, nieograniczoną miłość. Nie mam męża, nie mam dzieci…czekam na nie, a póki co czuję się kochana najmocniej na świecie – nie przez rodziców, a przez Boga!

    Możemy robić najbardziej zwariowane/wymarzone/upragnione/wyczekiwane rzeczy, a niedosyt zawsze będzie odczuwalny, jeżeli pochodzi ze złego źródła. A jak złe, to nie wykluczone, że zatrute.

    Dzięki! 🙂

    Lubię

Możliwość komentowania jest wyłączona.