Ferie udane do porzygu – część 1/2

Dosłownie. Ale po kolei. Do tytułu dojdziemy w części 2.

Od początku miały być góry. Bo góry kochamy (ja kocham, więc ON i ONO też muszą!) najbardziej. W międzyczasie pojawiła się opcja wyjazdu jeszcze bardziej rodzinnego, szukaliśmy więc miejsca optymalnie górskiego, optymalnie najbliżej morza, bo brat mój mieszka w Gdańsku. Oglądaliśmy mapę pod różnym kątem, w różnym świetle i różnym stanie trzeźwości. Nic to nie dawało, góry wciąż były w tej samej odległości od morza.  A że Wierzycę brat już kiedyś zdobył*,  kiedy musiał wypróbować zimowe Mammuty wyrwane w TKMax’ie, pozostało więc szukać bardziej na południe. Wybór padł na Świętokrzyskie.

W składzie trójka dorosłych z dwójką dzieci i psem, w stosunku nazwisk 3 do 3 (bo ja mam podwójne) ruszyliśmy, jak na cywilizowanych ludzi przystało, SAMOCHODEM w stronę Świętej Kaśki. Z telegramu wiecie, że udało nam się już pierwszego dnia  zdobyć najwyższy szczyt – Łysicę. Mieliśmy więc apetyt na więcej. Ale więcej nie było, a zamek w Bodzentynie przed zmrokiem stał już w ruinie. Dlatego następnego dnia skoczyliśmy na Łysą Górę. Nie wiem co oni z tym łysieniem, ale nieźle się chłopaki w klasztorze urządzili. Pogoda była czarująca, drzewa ośnieżone bajecznie, więc nawet katolicki brak umiaru w urządzaniu się można było gładko przełknąć popijając ciepłą herbatą z osobiście wniesionego na górę termosu.

Dzień trzeci zarezerwowaliśmy na zamek Krzyżtopór i zrzut części wycieczki (czyli naszej trójki) do Sandomierza, skąd mieliśmy ruszyć pociągiem dalej, w kolejne góry. Bo zakres zwiedzania w Świętokrzyskich z grubsza się wyczerpał. Ale nie to, żeby mi się nie podobało. Co to to to nie nie. Podobało mi się bardzo i na pierwsze górskie podboje, szczególnie z dziećmi gorąco polecam. Tylko nie w wakacje. Byłam tu w wakacje 7 lat temu, prowadząc harcerski obóz wędrowny po Świętokrzyskich i wiem, że w wakacje jest mniej fajnie. Na głównym szlaku między Łysą Górą a Łysicą jest super, bo jest to dość długa trasa – za długa dla rencistów i emerytowanych pielgrzymów, ale odrobinę zbyt mało ekstremalna dla wytrawnych górołazów, bo prawdziwi traperzy zasuwają w tym czasie w klapkach na Świnicę lub przeczekują burzę na Giewoncie. Więc na tym szlaku jest w miarę pusto. Nie chcecie jednak wiedzieć jaką trzeba mieć siłę w łokciach, żeby dostać się z Nowej Słupi pod klasztor na Łysej Górze. Góry Świętokrzyskie są jednak prawdziwymi górami. Są niskie, to fakt. Zajmują niewielki obszar, to fakt. Ale spragnionego gór nasycą. Może nie upoją, raczej też nie sponiewierają, ale nasycą.

Zamek Krzyżtopór podobał nam się wyjątkowo. Niech przemówią za siebie foty, które robiłam jak oszołomiona, żonglując obiektywami, aby uchwycić jak najwięcej.

Zaintrygowani i prowadzeni przez pobudzone w wyobraźnię dzieci, spędziliśmy w Ujeździe tyle czasu, że na zwiedzanie Sandomierza już go zabrakło. Zatem brat zwany szwagrem lub wujkiem wysadził nas na dworcu PKP jakieś 20 minut przed planowanym odjazdem pociągu i pomknął gnany długością trasy powrotnej w stronę swej macierzy. A my? A my rozejrzeliśmy się po pustym dworcu na którym peron wyglądał jak z katalogu Pendolino, a dawny budynek dworca jak pustostan z horrorów o wirusach zmieniających całą ludzkość w zombie z wyjątkiem jednego dzielnego amerykanina i jego pięknej jak rusałka, przypadkowej towarzyszki niedoli. Nie było kas. Nie było podróżnych. Nie było przechodniów. Ale my postanowiliśmy poczekać na obiecany przez e-podróżnika pociąg, ciąg, ciąg… dalszy nastąpi.

* Żarty żartami, ale narażać się starszemu bratu nie jest mądrze, więc muszę sprostować. Tak naprawdę to mój brat jest górołazem. Tydzień wcześniej był w Tatrach i to nie na Krupówkach a w wysokich. A żeby chodzić zimą po Tatrach Wysokich trzeba być wyposażonym nie tylko w klapki i tableta, ale przede wszystkim w doświadczenie i odwagę. Jeśli brakuje tego pierwszego odwagę można śmiało zastąpić słowem głupota. Ale Przemo ciska zimą po Tatrach od 20 lat, więc muszę przyznać, że ma odpowiedni ekwipunek.

Reklamy