Ferie udane do porzygu – część 2/2

Bez zmian osobowych na peronie opustoszałego dworca w Sandomierzu spędziliśmy nudne 20… 25… 30… 40 minut. A dokąd mieliśmy jechać? Do Jasła, a stamtąd w góry magurskie. Zorientowaliśmy się jednak, że z głośników nie dobiega „ding dong” ani nosowa zapowiedź pociągu, czy choćby jego opóźnienia. Dzwonimy na infolinię PKP. Najpierw Intercity. Nie posiada stacji Sandomierz w swojej bazie. Ojca Mateusza nie oglądają? Ja też nie, ale Pani z infolinii powinna! Nadzieja w TLK. Pan nie ma na dziś żadnych pociągów na tej trasie. Żadnych. Z tej stacji dnia pańskiego 4 lutego nie można było odjechać donikąd! Wyobrażacie sobie jak pusty musi się mieszkańcom Sandomierza wydawać utwór Maryli? Skoro okazało się, że nie możemy wsiąść do zaplanowanego dzień wcześniej pociągu, ani do żadnego innego, postanowiliśmy wsiąść do jakiegokolwiek autobusu. Jedyne sensowne połączenie jakie nas czekało tego popołudnia, było do Rzeszowa. A więc Bieszczady same nas wezwały.

Tego dnia udało nam się dotrzeć do Sanoka. Dom Turysty PTTK w Sanoku to trochę za wysoki standard jak na potrzeby wyposażonych w śpiwory, własne ręczniki i papier toaletowy państwa Nowickich, ale i za niski jak na 150 zł/pokój. Osłodzić to mógłby, znajdujący się w piwnicy hotelu, klub Copacabana z balkonową trawą na wejściu, bambusowymi roletami, palemką… Eh, niestety nieczynny. Nie wiem tylko czy od lat 90 czy poza weekendem. Ale i tak nie mielibyśmy cygara. Wypiliśmy więc osobno po piwie, ustaliliśmy wspólnie plan na następne dni wyjazdu (co jest ważną informacją, bo plan był zdaje się lekko do dupy) i w pachnących hotelowych pościelach zasnęliśmy.

Mimo, że wokół Sanoka jest wystarczająco dużo wystarczających jak na możliwości piesze 5ciolatka, górek, zdecydowaliśmy się (choć przyznaję – miałam na tę decyzję wpływ) pojechać w wysokie Bieszczady i spać w schronisku pod Małą Rawką. Zdecydowaliśmy się na to pomimo, że Pani miała dla nas łóżka tylko na tą jedną noc. I dzięki Bogu, ale dojdziemy do tego. Więc od rana kolejne 2 h w PKSie do Wetliny. Czas mijał jednak szybciej, kiedy człowiek zastanawiał się dlaczego nie ma w zapasie nic na uspokojenie. Biały asfalt, górska, kręta droga i trzeźwi pasażerowie. Ch.j tam, że było przed 12. Nie zawsze trzeba być damą. A tak, musiałam w stresie obgryźć sobie paznokcie. Wysiedliśmy w Wetlinie, bo dalej ten PKS nie jechał, choć byśmy chcieli. A tam wszystko pozamykane z wyjątkiem jednego sklepu, w którym nie było mocniejszych trunków niż piwo. Więc z obiadu w dolinie i wiśniówki w schronisku nici. Żeby dostać się na przełęcz z której jest wyjście na szlak do schroniska, chcieliśmy złapać stopa. Problem w tym, że nic nie jechało. Właściwiej brzmiałoby NIC NIE JEŹDZIŁO. Udało nam się jednak dorwać nr do miejscowego przewoźnika i specjalnie po nas przyjechał zrobić 5ciokilometrową podwózkę. Mimo wszystkiego co wydarzyło się wcześniej i później, warto było się przetułać, aby było tak:

Kolejnego dnia mieliśmy zamiar zdobyć z małą Małą Rawkę. Niestety mróz połączony z bardzo silnym wiatrem nie pozwolił nam na zaatakowanie szczytu (jak się nigdy nie będzie alpinistą to można sobie chociaż nomenklaturę postosować ;)). Zrobiliśmy jakąś 1/3 podejścia na Małą, tyle że w linii lasu, więc wiatr nie był aż tak dokuczliwy, a z powrotem Mariola zjechała to co przeszła na jabłuszku. Nie zdążyłam nagrać ja zjeżdża po najlepszym, najbardziej stromym odcinku, ale uwierzcie mi, że się jej podobało!

Kolejny nocleg, a raczej planowo dwa, mieliśmy mieć w Ustrzykach Dolnych, bo stamtąd była większa szansa dostać się jakoś do domu. Znaleźliśmy nawet bla bla car’a z 70cioletnim kierowcą Range Rovera, który miał jechać w niedzielę do stolicy właśnie z Ustrzyk i z nim planowaliśmy się zabrać. Zarzuciliśmy więc plecaki i ruszyliśmy pieszo w stronę przełęczy na której znajduje się parking w nadziei na złapanie stopa. Trasa ze schroniska na przełęcz latem 15 minutowa, przy silnym wietrze i nawianym śniegu zimą była niczym marsz na biegun. Maleńkim jest człowiek wobec sił natury. Jak szybko o tym zapomina wsiadając do ciepłego samochodu. Ale my cieplutkiego samochodu nie mieliśmy. A było zimno. I pusto na drodze. Brak miejsca osłony przed mroźnym wiatrem. Mnie zaczął boleć żołądek. Pomyślałam „oho! trzeba było wziąć znów te z kapustą, zamiast łamać swą dietę i w imię mniejszego wzdęcia wybrać ruskie”.  Nowicki już umawiał transport za „jedyne” 50 zł, bo bus musiałby specjalnie po nas jechać zza Wetliny, by podwieźć nas raptem 5 km do Ustrzyk Górnych, a ja głośno poprosiłam niebiańskiego Tatę o stopa. Po kilku minutach zorientowałam się, że parking mija właśnie jakieś auto, więc z głębi pomachałam rozpaczliwie dwiema rękoma, myśląc, że już za późno, że nie zobaczy. Samochód się zatrzymał. Dzięki TATO! Mimo, że była to mała Corsa, a w niej małżeństwo z dziewięciolatkiem i dużym teleskopem na tylnym siedzeniu, postanowili naszą trójkę i dwa duże plecaki upchnąć. I upchnęli dobrzy ludzie.

małym jest człowiek

W Ustrzykach Górnych, skąd mielimy za 1,5 h PKSa, otwarta była Karczma. Postanowiłam więc sprawdzić staropolską metodę na ból żołądka – czystą z pieprzem. Po dwóch lufkach ból jakby ustąpił, żołądek zaczął pracować. W PKSie zrozumiałam jednak, że albo za mało wypiłam, albo za dużo zjadłam. Ledwo doczłapałam się do umówionego noclegu. Tam, mimo że wnętrze było ładne i czyściutkie, porzygałam się. Tak, ferie były udane do tego momentu. Było mi tak samo żal, jak gdybym musiała zwymiotować prawdziwego szampana. Po godzinie radosne wymiotowanie, dreszcze i inne przyjemności dopadły Nowickiego. Co w takich sytuacjach robi Bóg? Bóg wie, że co jak co, ale rzyganie jeszcze nikomu wiary nie dodało. A bez modlitwy z wiarą nie ma cudownego uzdrowienia (takiego na już). Więc Bóg sprawia, że nocleg, który sobie rezerwujesz, jest u Bieszczadzkiego Anioła. Bieszczadzki Anioł przybrał postać około 30stoletniej, łagodnej i pięknej kobiety, która oprócz wynajmowania apartamentów prowadzi jeszcze aptekę, ma dwie córki w zbliżonym do Mańki wieku i zna się na medycynie naturalnej. Taki Anioł wie, że łamie Cię rotawirus, a nie żadne pierogi ruskie i przynosi Ci naturalny lek, który działa na grypę żołądkową! Tym naturalnym lekiem jest osłonowy ENTERO acilolac i sprawia, że zamiast 2 dni umierać, umierasz tylko pół i to z tendencją do szybkiego polepszania się. Oprócz tego taki Anioł przynosi Ci wodę, bo wie, że Ci się skończyła, cukier i miód spadziowy do wody dla uzupełnienia elektrolitów. Taki Anioł zabiera też Twoją córkę do siebie na resztę dnia, aby pobawiła się z jej małymi aniołkami, zamiast przyglądać się na wpół żywym rodzicom.

Wierzę w to, że choroby nie pochodzą od Boga, a Bóg uzdrawia w ponad naturalny, czyli niewytłumaczalny dla medycyny sposób. Wierzę też, że chce takiego uzdrowienia dla każdego z nas w każdej sytuacji, zawsze kiedy jesteśmy chorzy lub coś nam dolega. Co więcej, wielokrotnie doświadczyłam takiego uzdrowienia na sobie i modląc się za innych ludzi – od ustępujących od razu migren i pijackich czkawek po wchłaniający się pod palcami guz wielkości śliwki. Ale tego dnia nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnej modlitwy. Bóg o tym wiedział i dał nam pomoc w inny sposób.

Nie wiem jak Anioł ma na imię, nie wiem czy przyjmie moje zaproszenie na Mazury, ale jeśli kiedyś będziecie zatrzymywali się w Ustrzykach Dolnych i potrzebujecie pokoju z wyższym standardem za rozsądną cenę (my akurat nie szukaliśmy standardu, a dostaliśmy w pakiecie z całą anielską opieką), to dzwońcie pod ten numer 696473937 zapytać o wolne miejsca. Lokalizacja przy samym rynku głównym.

Droga powrotna pokazała mi jak daleko mam w moje najkochańsze Bieszczady. 9 h w autokarze i kolejne 3 z Wawy do domu w aucie. Człowiek na sucharze i długa droga to wyczerpujące połączenie. Ale już nie mogę się doczekać, kiedy w te góry wrócę.

W następnym poście powiem Wam za co kocham Bieszczady i dlaczego kiedyś tam zamieszkam, ale przede wszystkim pokażę Wam moje Bieszczady o każdej porze roku. Mam mnóstwo niepublikowanych fotografii i nie chcę by marniały na dysku, bo są piękne. A są piękne nie dlatego, że ja jestem dobrym fotografem, ale dlatego, że tam jest tak pięknie. Nawet robiąc zdjęcie puszką po coli (określenie wyrwane idolce Aśce) nie udałoby się zepsuć mistyki chwili. Zaglądajcie!

PS: Są tu jacyś miłośnicy Bieszczad?

Reklamy