Jeśli nie zamieszkam kiedyś w Bieszczadach to niech mnie grom jasny spali. [video]

Słowa mają wielką moc, ale ja nie waham się ich użyć, bo wierzę, że marzenie się spełni. Bieszczady to moje miejsce na globie. Mój raj na kulce Ziemi, przed wiecznym Eden. Kiedyś tam zamieszkam. Wywiązuję się z obietnicy i dziś dzielę się z Wami moimi Bieszczadami.

Pierwszy raz pojechałam w Bieszczady w 2002 roku, w wakacje. Miałam wtedy prawie 17 lat. Było to coś w rodzaju nieformalnego obozu wędrownego grupy młodzieży z mojego środowiska harcerskiego, pod przewodnictwem instruktora, który Bieszczady miał schodzone całe. Przeszliśmy wtedy główny szlak Bieszczad z Komańczy do Ustrzyk Górnych i jakoś spowrotem, choć szczegółów nie pamiętam. Wędrowaliśmy dwa tygodnie. Z namiotami, z turystyczną butlą gazową, która była wtedy wielkości piłki lekarskiej. Spaliśmy głównie na dziko, gotowaliśmy na ogniu, myliśmy się w strumieniach. Poznałam Bieszczady takimi jakimi są. Zakochałam się. Choć to był okres wakacji, na głównym szlaku przez Połoniny, tylko raz miałam okazję powiedzieć na szlaku „cześć”. Nikogo poza nami nie było. Pamiętam jak podchodziliśmy pod Chatkę Puchatka (schronisko na Połoninie Wetlińskiej) idąc chyba od strony Caryńskiej. Ona wydaje się wtedy być domkiem na skale, otoczonym przepaścią. Zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Obiecałam sobie, że kiedyś będę tam nocowała, bo my przyszliśmy tylko na herbatę. Marzenie spełniło się dopiero 11 lat później. Z tamtego wyjazdu nie mam ani jednego zdjęcia. Nie był to jeszcze czas cyfrówek, nie miałam ze sobą aparatu. Ale wspomnienia są żywe w mojej głowie, mimo tendencji do zapominania, bardziej niż jakiekolwiek.

Pierwszy raz wróciłam w Bieszczady dopiero 10 lat później. Latem. Już z mężem, już z córką. Nie wiem czemu wcześniej się nie udało. Ten powrót nie był jednak nawet liźnięciem tamtej przygody. Z małym dzieckiem mogliśmy sobie pozwolić tylko na krótki spacerek najprostszym szlakiem, aby pod Chatką Puchatka napić się piwa. „Cześć” po 15 minutach przestawało się już mówić, a widok piknikowiczów na Wetlińskiej zupełnie zamazał obraz gór dla koneserów. Jedyne co oddało klimat tych gór, to noclegi w Jaworcu, prowadzonym wtedy przez parę z Olszyna. On Michał, ona nie pamiętam, bo nie chciała się integrować. Ciekawi ludzie. My zakotwiczeni na te kilka nocy, a do schroniska co noc przychodził ktoś inny. Ja zabrałam gitarę. Co wieczór znalazł się gitarzysta, co wieczór ktoś miał jakieś zapasy, co wieczór było z kim śpiewać. Magia gór w ludziach. Tych w trekach. Z plecakami. W górskim schronisku, nie w przydrożnej agroturystyce. Ten wyjazd nie był jednak czasem mojej przyjaźni z aparatem, nie posiadałam jeszcze lustrzanki. Z dysku udało mi się wymuskać jedynie tyle:

Jakieś dwa lata później wróciliśmy oboje. Aby coś przejść. Była majówka. Okazało się, że majówka to czas większego oblężenia niż wakacyjne. Ale mniej piknikowego, bardziej chodzonego, więc mimo tłoków na Połoninach, do przeżycia. Podczas tego wyjazdu poznałam jednak miejsce w Bieszczadach szczególnie magiczne – Balnicę. To miejsce poza głównymi szlakami, które ma w sobie magię tych Bieszczad sprzed lat. Poza tym jest to ostoja niedźwiedzia. Oprócz licznych śladów misiów, na odchodne Bieszczady pozwoliły nam z daleka dwa niedźwiedzie zobaczyć. Wtedy już biegałam po górach z lustrzanką i wiosnę w Bieszczadach widziałam tak:

Kto nie chciałby zobaczyć rozpalonych od żółcieni do czerwoności buczyn w Bieszczadach? Ja pragnęłam. Jesienną eskapadę zaplanowałyśmy wraz z moimi dwiema pro górskimi kompankami przygód wszelkich i tajemniczym bobrem. Najwygodniejszy nam termin dziwacznego święta zadusznego okazał się jednak chwilę po upadku liści. Ale w Bieszczadach jesienią jest zdecydowanie najwięcej misterium i nie da się go mierzyć jedynie kolorami liści, dlatego zdjęć mnóstwo i choć kadry niekiedy prawie te same, to nie mogłam się zdecydować, która fota lepiej oddaje to co czuło się patrząc na tą magię będąc na górze.

I wreszcie Bieszczadzka zima. Ten wyjazd zrelacjonowałam Wam aż za szczegółowo. Uderzyło mnie to, że faktycznie Bieszczady zimą są prawie martwe. Nie ma tu dzięki Bogu infrastruktury narciarskiej, więc nie ma tłumów. Przyjeżdżają tylko ski tour’ owcy i górołazy. Głównie w weekendy. W tygodniu pustka. O Bieszczadach zimą opowiadał mi Michał z Jaworca. Nie sądziłam, że czas oblężenia górskich kurortów może ominąć Bieszczady. Ominął. Oby jak najdłużej.

Dlatego Bieszczady? Bo to góry dla miłośników gór. Góry dla strudzonych dusz. Ten kto szuka adrenaliny i rosnących wyzwań nie zatrzyma się tu na dłużej. Ten kto w górach widzi jedynie źródło własnych doznań, sprawdzając siebie i udowadniając coś innym, nie nasyci się Bieszczadami. Bieszczady są dla tych którzy kochają góry, nie siebie w górach.

Co majestatycznym Tatrom dały Krupówki? Co pizzeria na Kasprowym? Nic do pozazdroszczenia. Bieszczady są piękne, ale przede wszystkim wciąż są kameralne. Wciąż nie są naszpikowane udogodnieniami i atrakcjami dla turystów. Wciąż mają słabe połączenie kolejowe i nie najlepsze drogowe. Wciąż są nie po drodze, wciąż są najdalej na wschodzie. Wciąż są prawdziwe.

Moje Bieszczady. Zawsze z plecakiem. Zawsze w drodze. Co noc w innym miejscu. Kocham wędrować. Nie zdobywać, nie upajać się sukcesem, ale upajać się każdym krokiem wędrówki, wiedząc, że jutro będę gdzieś indziej. A wszystko co mi potrzebne mam na plecach. I czasem chciałabym tak na co dzień. Mieścić cały dobytek w plecaku i …

Ktoś z Was ma swoje upragnione góry do życia?

Reklamy

2 Comments

  1. Bardzo bardzo dziękuję za ten post. Nasze doświadczenia są niemalże identyczne. Ja też poznałam Bieszczady na obozie wędrownym. Podobnie jak Ty przewędrowaliśmy przez dwa tygodnie przez wszystkie głusze i zadupia. Zakochałam się w tych szlakach, połoninach, szczytach i ludziach. Ludziach, którzy sami nic nie mając pożyczali obcej grupie 20 osobowej jedyną patelnię albo garnek do ugotowania wody. Wyjeżdzając beczałam jak dziecko. Obiecałam sobie że wrócę. Mój powrót zajął mi 14 lat. I znów podobnie jak Ty wróciłam z mężem i rocznym dzieckiem. Też zaliczyliśmy pielgrzymkę pod Chatkę Puchatka. I obijanie się o pseudomiłośników gór wystylizowanych na kowbojów. Mój mąż pytał mnie-gdzie te Twoje Bieszczady o których tyle słyszałem? Na szczęście udało nam się wyjść na kilka mniej komercyjnych szczytów i mąż się zakochał. Odnalazłam świat sprzed 14 lat. Również moim marzeniem jest tam kiedyś zamieszkać, choć rodzina i przyjaciele uważają to za absurdalną fanaberię. A ja wiem, że kiedyś się odważę. Na razie zarezerwowaliśmy pobyt w „naszej” chacie na ten rok. Te góry wychowują, kształtują osobowość i uczą pokory. I tak jak piszesz nie są dla każdego.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Basia

    Pięknie napisałaś o Bieszczadach – o tym, że są dla tych, którzy kochają góry, a nie siebie w górach. Ja kocham góry i najlepsze wspomnienia mam właśnie z Bieszczad..
    Dziękuję Ci za ten post.

    Polubione przez 1 osoba

Możliwość komentowania jest wyłączona.