Rzecz o woli budowlanej. Samowoli i niewoli.

„Samowola budowlana to samotna wola Inwestora, która nigdy nie spotkała się z wolą niewolniczego systemu.” – Ja.

Historia, którą za chwilę Wam opowiem, nigdy się nie zdarzyła. Zbieżność osób, zwierząt, miejsc i wydarzeń jest zupełnie przypadkowa. Zapoznajcie się, żeby Was też nigdy podobna nie spotkała.

Był maj, kiedy po raz pierwszy postanowili upić się w cieniu mazurskiej głuszy. Spędzili upojne noce i suche dnie bratając się z przyrodą, która w niczym nie chciała przypominać miejskiego parku. Świeże powietrze otumaniało ciało, siąpiący na przemoczone ubranie deszcz zabierał resztki godności, a noc w żaden sposób nie chciała ustąpić miejsca rzędom latarń. Było cudownie. Już wiedzieli, że będą to powtarzać.

Postanowili zbudować sobie wiatę. Już nie z folii malarskiej, ale taką prawdziwą. Wyszła trochę większa niż w założeniach. Bynajmniej poprawiny się zmieściły. Mogli grillować do woli. Kiedy zaczęli sprowadzać się z manatkami w te mazurskie dzicze okazało się, że między majtkami, a lodówką mają jeszcze dwa jednorożce. Sami się zdziwili, ale co robić. Niech Babcia sobie pierdolnie. Przecież nie będą stały w drzwiach. Wiata łypała na nich spode łba zadziornie. Więc przesunęli wiatę ile im pasowało i obili deskami. Powstał zgrabny szałas na dwa magiczne jednorożce. Przyszło im wprawdzie do głowy, że skoro na fortece trzeba zgód to może i na byle szałasy też, ale nie bardzo mieli czas szukać szamana, co im narysuje i pokropi ten szałas, więc zajęli się fortecą. Potem okazało się, że w jednorożcach płynie szlachetna krew i nie żrą za dobrze zgniłego siana, więc powiększyli jeszcze trochę szałas na suszone dobra łąki. Pomyśleli, że to dobry czas, żeby jakiś szaman im to pokropił wódą przymierza, ale wszyscy szamani jakich znali, woleli kreślić fortece, zamiast kropić byle szałas. Czas płynął, a szałas stał sobie cichutko nikomu nie wadząc.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy zdecydowali wydać fortecę obcym ludom i przeprowadzić się do lepianki. Oddali pewnej rodzinie szamańskiej ostatnie suszone morele, żeby dostać kreski szałasu i pokropienie z zupełnym odpuszczeniem win za cichy, spontaniczny szałas w środku mazurskiej głuszy. Chcieli zostawić po sobie czyste kartki i umyty kibel. Wystąpili z petycją do wodza szamańskiego, żeby pozwolił im postawić szałas. Szałas był cicho i nic nikomu nie mówił, że sobie spokojnie nie przeszkadza. Ah, jaka to była sposobność, aby ktoś kto chciał bardzo pomóc, pomógł określić wodzowi wszystkich szamanów, że szałas już stoi i przeszkadza trawie rosnąć.

Przyjechało więc do mazurskiej głuszy dwóch wysłanników wodza, żeby zapytać szałasu czy stoi, czy go jeszcze nie ma. Szałas milczał, a oni patrzyli na niego ze zdumieniem. Powiedzieli, że skoro szałas już milczy, to nie mogą pozwolić na jego postawienie. I że kary będą. A szałas z uporem milczał i schować się nie chciał. Jeden z wysłanników wodza powiedział też, że gdyby nikt nie chciał budować szałasu, to nikt by nie przyjechał zobaczyć, że szałas nie przeszkadza, bo szałas sobie milczał. Jednak ktoś wiedział, że szałas milczy i zadzwonił do wodza powiedzieć, że ktoś chce budować szałas, który już milczy i nie przeszkadza. Stąd wizyta wysłanników wodza. I teraz jak już wiadomo, że szałas nie przeszkadza, to zaczął przeszkadzać i już nie może dłużej milczeć. I że trzeba albo oddać spichlerz moreli, żeby wódz pokropił szałas i pozwolił mu dalej milczeć, albo trzeba powiedzieć jednorożcom, że będą bezdomne. Ciąg dalszy nastąpi. *

* tekst kursywą jest fikcją literacką. Nic nie jest tu prawdą, ani nieprawdą.

Urodziliśmy się już w czasach, kiedy na wszystko, albo prawie wszystko trzeba mieć pozwolenia, certyfikaty, uprawnienia… Nie możemy złowić sobie ryby bez pozwolenia, kiedy naszym dzieciom doskwiera głód, ani zebrać połamanych gałęzi w lesie, kiedy chcemy ogrzać się przy ogniu, bo złapał nas deszcz na polowaniu, na które też musimy mieć pozwolenie. I nawet nie możemy tego ogniska rozpalić z podręczników szkolnych, które mamy w plecaku, nie mając zgody leśniczego. Za to wszystko coś nam grozi.

Jeszcze przyszli rodzice nie muszą przechodzić specjalnych kursów uprawniających ich do płodzenia potomstwa, ale gdyby tylko możliwa była odwrócona sterylizacja i dało by się pozbawić czasowo kogoś płodności bez jego aprobaty, do czasu przejścia przez niego odpowiedniego przeszkolenia, to działoby się to już dziś.

Wkraczamy jako społeczeństwo zachodu coraz dalej w ten sposób rozumowania. Nie dziwi Was fakt, że aby wyciąć na własnej działce drzewo, musimy mieć na to specjalną zgodę? Nie możemy sobie np. zasadzić na własnej działce lasu po to, aby pozyskiwać z niej drewno na opał, bez pozwolenia na wycięcie drzew, które sami zasadzimy. Nie możemy czerpać większej niż potrzebna do zasilenia wibratora, energii z wiatru, bez umowy z zakładem energetycznym, który de facto kupuje od nas prąd wytworzony przez wiatrak, za którego postawienie my płacimy i odsprzedaje go nam. Przecież to jest jakiś absurd!

Nie możemy też postawić sobie domu, szopy, wychodka, płotu czy altany, bez poinformowania o tym lub prośby o zgodę odpowiedniej jednostki samorządowej. Wiecie, że nawet fakt ogrodzenia własnej działki musicie zgłosić w Wydziale Architektury?

Nie mam na oczach klapek. Studiowałam architekturę wnętrz. Wiele rozważaliśmy na temat spójności krajobrazu. Nie jest mi obojętny polski brak gustu, zaszczuty bezosobową architekturą krajobraz kulturowy naszych miast i wsi, czy założenia zagospodarowania przestrzennego. Jestem orędowniczką mądrych działań architektonicznych o czym możecie przeczytać choćby TU. Jest we mnie szalony ekolog, gotowy przywiązać się do pomnika przyrody, aby tylko uchować je od zniszczenia. Ale! Ale miejmy odwagę powiedzieć, że jesteśmy kontrolowani. Że jesteśmy niewolnikami systemu, który sami, jako społeczeństwo, na siebie nakładamy. Chcemy kontrolować wzajemne działania i zachowania, zamiast oddziaływać na siebie pozytywnie poprzez dobre wzorce i edukację.

Szlag mnie trafia kiedy jestem na podmiejskim osiedlu pełnych archonowskich koszmarów we wszystkich odcieniach brzoskwini, z kutymi w liście płotami i balkonikami, z rzędami tui i pseudoluksusowymi furami koreańskich marek, zaparkowanymi na podjeździe z 5 kolorów kostki brukowej. Chciałabym, żeby Polacy mieli większą wrażliwość estetyczną. Żeby sięgali do naszych korzeni, do naszej kultury, do naszych surowców. Ale nie chcę, aby działo się to za sprawą restrykcyjnych przepisów co do dopuszczalnej (w warunkach zabudowy) ilości balkonów i koloru elewacji, a za sprawą świadomych decyzji ludzi. I mimo, że szlag mnie trafia, rozumiem, że krajobraz naszych miejscowości to nasz rodzimy folklor. Że choć wieje estetyką disco polo, to odzwierciedla to, jakim społeczeństwem teraz jesteśmy. I osobiście wolę niedorzeczne decyzje Polaków odnośnie postawienia płotu maksymalnie różnego od sąsiada, ale podjęte w wolności wyboru, niżby miały je zastąpić schludne i jednakowe ciągi ogrodzeń, będące wynikiem przepisów określających jedyny dopuszczalny ich rodzaj.

Czy to nie okres przymusowej jednakowości domów kostek i wynaturzonego modernizmu w okresie komuny, „odwrażliwił” Polaków i obudził w nas pragnienie wykrzyczenia naszej indywidualności w przestrzeń kosmiczną, bo przecież niektóre kolory elewacji są widoczne nawet z satelity…?

Dano nam marchewkę na kiju. Pozwolono nam marzyć o własnym skrawku ziemi na Ziemi i ciężko, długo na niego pracować, ale zawsze mieć przed sobą najpierw kij, który jak trzeba pierdolnie po łapach. Kij pozwolenia na ogrodzenie działki, kij pozwolenia na postawienie szopy czy domu, kij możliwości lub nie możliwości zameldowania się, kij zarządzania drzewostanem naszej działki, kij opłacalności uprawiania na naszej ziemi konkretnych roślin… Widzimy marchewkę, ale jak podniesiemy wzrok zobaczymy na czym jest zawieszona. Każdy kij ma dwa końce. Jeden jest skierowany w nas, drugi w kierunku, w którym idziemy. Na szczęście nad kijem jest jeszcze nieboskłon, a stamtąd pomoc. Bóg otwiera mi oczy. I ociera każdą łzę.

Rząd od lat obiecuje uproszenie przepisów dotyczących pozwoleń na budowę i od lat nie wywiązuje się z tej obietnicy. Bo Polak i tak zrobi po swojemu co rząd wie i nawet ceni, bo przy okazji Polak będzie miał szansę odwdzięczyć się systemowi, łatając dziurę budżetową za swoją krnąbrność i poczucie indywidualizmu. Nawet jeśli powodem robienia po swojemu są niedostosowane do realiów przepisy, czy niewiedza Polaka. Kasa musi się zgadzać.

Reklamy

3 Comments

  1. Alicja

    Tak mnie to wkurxxxwia, że nie mam siły formułować argumentów. Zresztą wszystko było we wpisie. Ja nie wiem czy to ja jestem jakaś ułomna, że nie mogę się dopasować i zawsze chcę czegoś co nie w smak urzędasom, czy inni też tak mają? No gdzie nie pójdę wszędzie qurwa problem…. Już snułam plany jakiegoś wyautowania, że nie będzie mi tu system w gary zaglądał. Że sobie wiatrak postawię, oczyszczalnię, studnię wykopię, na pięć metrów w zwyż odgrodzę i bulteriery w obejście wypuszczę, żeby żadna menda nic ode mnie nie chciała i żebym ja od żadnego urzędasa już nigdy nic nie potrzebiwała. I wtedy mnie olśniło, że gówno mogę a nie wypisać się z systemu. System nie wypuści i do końca dni każe zasuwać na nafaszerowane chemia żarcie, prąd, gaz, podatki od wszystkiego, czynsze, zusy, leczenie, mandaty i inne kary za każde niedostosowanie, co już jest szczególnie perfidne, bo z premedytacją zasady sformułowane są tak, żeby wybranym stworzyć możliwość-lukę a wybierającym możliwość-pułapkę. I nie wspomnę juz o rozstrzyganiu wątpliwości z zasady na niekorzyść obywatela. Ja rozumiem, że ludzie organizują się w państwo w celu ochronnym i poczucia bezpieczeństwa i tym samym muszą oddać część wolności. Ale do cholery ja nie czuję się ani trochę chroniona, ani tyle bezpieczna a dokładnie odwrotnie totalnie zniewolona i w ciągłym strachu, że mimo woli stanę się przestępcą, bezsilnym i bezradnym wobec systemu. Ja już nawet nie mogę ogladać programów typu „sprawa dla reportera”, „expres reporterów” itp bo sram w gacie, że spotka mnie to samo. No więc po co nam to państwo, dla którego ograniczyliśmy wolność do zera? Dlaczego się na to godzimy????? Przecież rządzonych jest x razy więcej niż rządzących. Przecież nikt rozsądnie myślądzy nie powinien chcieć żyć w tak nieprzewidywalnym systemie. Szczęśliwie ten wpis świadczy, że nie tylko ja to czuję.

    Polubienie

  2. Dorota

    Nie za taką Polskę moi przodkowie walczyli. Niestety….. Jest jak jest…. Ludziom z pomysłem pozwoleń nie dają a biznesmenom otwierającym segregację odpadów w centrum miasta to i owszem. 300 metrów od ratusza taki biznes się znajduje, obok posesji z 20 krowami które robią pod siebie na szlaku spacerowym. W gazecie lubuskiej w tym tyg był lub ma być szeroki artykuł na ten temat. Z powodu pięknego widoku z okna uciekam na wieś… HOWK

    Polubione przez 1 osoba

    • Dobrze napisane. Na odrolnionej ziemi, pociętej jak patchwork można zrobić niemal wszystko i nikogo nie interesuje co na to krajobraz, a chociażby rolnik nie może sobie bez zawracania dupy postawić kolejnego schronienia dla zwierząt, bo mu cielaki dopisały, tylko musi silić się zgłoszeniem, a najczęściej pozwoleniem, bo czym jest 35 m2 dla zwierząt hodowlanych… Nie takiej Polski żeśmy tęsknili. Ma się zmienić. Poczekamy, zobaczymy.

      Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.