Gdzie my się podzialiśmy i czemu sami nie mamy już woli.

Nie było mnie tu przez prawie miesiąc! I choć fajnie mi się żyje poza internetem, to trochę za Wami tęskniłam. Nie miałam jednak czasu usiąść na minimum 2 h do kompa (bo tyle zajmuje mniej więcej dodanie posta) i tylko Ci z Was, którzy zaglądają na mojego Insta, lub FB wiedzieli, co się dzieje. A działo się wiele. Odpalajcie drugą kawę i rozsiądźcie się wygodnie.

Jakiś czas temu pisałam Wam o woli budowlanej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak ta historia się zakończy, więc opowiedziałam ją bardzo nie wprost. Dziś mogę już napisać tak bardzo wprost jak  bardzo wprost można komuś napluć do talerza.

Była samowola i nie ma już ani samo ani woli.

A teraz tłumaczenie historii nie wprost, dla tych co nie lubią być traktowani jak mumia i owijani w bawełniane bandaże.

Postanowili zbudować sobie wiatę. Już nie z folii malarskiej, ale taką prawdziwą. Wyszła trochę większa niż w założeniach. Bynajmniej poprawiny się zmieściły. Mogli grillować do woli.

wiata od której się wszystko zaczęło

Kiedy zaczęli sprowadzać się z manatkami w te mazurskie dzicze okazało się, że między majtkami, a lodówką mają jeszcze dwa jednorożce. Sami się zdziwili, ale co robić. Niech Babcia sobie pierdolnie. Przecież nie będą stały w drzwiach. Wiata łypała na nich spode łba zadziornie. Więc przesunęli wiatę ile im pasowało i obili deskami. Powstał zgrabny szałas na dwa magiczne jednorożce.

Potem okazało się, że w jednorożcach płynie szlachetna krew i nie żrą za dobrze zgniłego siana, więc powiększyli jeszcze trochę szałas na suszone dobra łąki. Pomyśleli, że to dobry czas, żeby jakiś szaman im to pokropił wódą przymierza, ale wszyscy szamani jakich znali, woleli kreślić fortece, zamiast kropić byle szałas. Czas płynął, a szałas stał sobie cichutko nikomu nie wadząc.

I teraz jak już wiadomo, że szałas nie przeszkadza, to zaczął przeszkadzać i już nie może dłużej milczeć. I że trzeba albo oddać spichlerz moreli, żeby wódz pokropił szałas i pozwolił mu dalej milczeć, albo trzeba powiedzieć jednorożcom, że będą bezdomne. Więc przyszło nam rozebrać szałas.

Bo jeśli zapłacisz Państwu 25 tysięcy to oni Ci zalegalizują Twoją pospieszną decyzję o budowie dużej szopy i już im wtedy nie będzie przeszkadzać… Ale my nie mieliśmy wolnych 25 tysięcy na dużą szopę. Za to mamy wielu wspaniałych przyjaciół, którzy w jeden weekend pomogli nam pozbyć się „samotnej woli Inwestora, która nigdy nie spotkała się w wolą niewolniczego systemu”.

Na szczęście znalazł się dom dla koni, tyle, że musiały do niego dojść dwadzieściaparę kilometrów na własnych nogach i ku obiciu naszych (mojego i Kuki) tyłków, bo siodła sportowe zdecydowanie nie nadają się do rajdów długodystansowych, a konie, które nie zwykły robić takich tras zdecydowanie nie są wniebowzięte, ale sami zobaczcie:

Potem zaczęło się sprzątanie tego całego majdanu i wożenie się na hadziajstwo.

I oto jestem. Uboższa o budynek i obowiązek karmienia własnych koni, a bogatsza o doświadczenie. Wpis o konieczności samodzielnego projektowania swoich wnętrz jest w połowie gotów od początku kwietnia, więc pewnie niedługo Wam się ukaże.

A co u Was?

Reklamy

3 Comments

  1. nihiru

    Wiesz, no niby Cię rozumiem, ale z drugiej strony – jakie ładne to drugie zdjęcie! Jaki piękny widok teraz macie!;)
    Będziecie teraz załatwiać pozwolenie na drugą – tym razem legalną – wiatę czy odpuszczacie temat?

    Polubienie

    • Odpuszczamy, bo przecież sprzedajemy ten dom. A widok i tak był widoczny jak się stało w drzwiach domu :). No ale zgadzam się, że trzeba szukać pozytywów :). Ja np widzę taki, że dzięki temu trochę sprzątnęliśmy 🙂

      Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.