Praca uszlachetnia, ale szlachta nie pracuje.

Czy stwierdzenie „praca uszlachetnia” jest prawdziwe, archaiczne, czy kłamliwe? Praca uszlachetnia, ale sukces jak wiadomo w dupach przewraca. Czy zatem pracując dla sukcesu, na sukces, albo sukcesywnie pracując może nas spotkać przewrót dupy ponad głowę, co ujmuje powiedzenie „wyżej sra niż dupę ma”? Sprawdźmy.

Czym jest praca? Obecnie za pracę uważa się pozyskiwanie pieniędzy. Nie ważne jakim sposobem. Równoznacznym jest granie na giełdzie z pracą „na łopacie”, tyle, że ta pierwsza w myśl zasady praca uszlachetnia powinna uszlachetniać nasz umysł, a to druga jedynie ciało. Tymczasem, nie wiedzieć czemu, praca przy łopacie potrafi nauczyć o wiele lepiej szacunku do tego co się już ma i na co się pracuje, niż codzienna gimnastyka umysłu na przykład w branży finansowej. Co więcej, zauważam, że im bardziej wygimnastykowane umysły, które są w stanie generować coraz większe zyski w swej postawie zdają się być tym mniej szlachetne. Zatem, albo praca nie uszlachetnia, albo coś jest nie tak z obecną definicją pracy.

Jeżeli nie pozyskuję pieniędzy, mówi się, że nie pracuję. Nie ważne jak spędzam dzień. Gospodyni wiejska, która oporządza zwierzęta gospodarskie, uprawia ogród, robi przetwory i wychowuje dzieci „nie pracuje”. Więc co robi? Od rana do wieczora, w pocie czoła, świątek, piątek czy niedziela odpoczywa zaiste. Chyba, że zaszczepiono nam fałszywy obraz, w którym pozyskiwanie pieniędzy uważane jest za szlachetne i ważne, natomiast brak stałego zarobkowego zajęcia za niegodziwe. Przesadzam? A Ty człowieku pracujący zarobkowo jak reagujesz, kiedy ktoś na pytanie: „a Ty gdzie pracujesz?” odpowiada, że „nigdzie”? Założę się, że zmieniasz temat. Ewentualnie pytasz „dlaczego?” i kiedy odpowiedź nakierowuje na przykład na młodą matkę, kogoś kto się dokształca lub szuka pracy, więc chce zmienić ten „haniebny” stan, wzdychasz z ulgą. Bo przecież z takim bezrobotnym z wyboru nie ma o czym rozmawiać. A jak jeszcze żyje z zasiłku wydawanego z Twoich ciężko zarobionych podatków to już pasożyt. Ale ale… ten co żyje z pieniędzy rodziny to też pasożyt tyle, że przynajmniej nie Twój. Większa ulga, ale pogarda ta sama.

Praca człowieka, który czerpie korzyści finansowe ze wzrostu wartości swojej inwestycji bez kiwnięcia palcem i leżąc na jachcie jedynie sprawdza w iBooku stan konta, jest bardziej poważana niż „siedzenie w domu” matki 5tki dzieci, bo ona przecież nic nie robi. Coś jest kurwa nie tak.

Bardzo polecam Wam film „Czterej jeźdźcy apokalipsy”, który w bardzo dokładny sposób wyjaśnia skąd biorą się pieniądze w obrocie i co się z nimi dzieje oraz porusza wiele innych zagadnień związanych z funkcjonowaniem naszej zachodniej idylli. Dajcie mu 10 minut na rozkręcenie. To nie jest film o teoriach spiskowych, ani o biblijnym objawieniu Jana.  To jest film dokumentalny, oparty na opiniach ekspertów z dzieciny ekonomii i polityki, którzy komentują to co wydarzyło się w XX wieku i konsekwencje tych wydarzeń dla wieku XXI. W kontekście tej wiedzy praca zarobkowa na samym dole piramidy wydaje się być znacznie mniej atrakcyjna, a wchodzenie na wyższe jej szczeble wiąże się z wykorzystywaniem ludzi z niższego szczebla. Do tego trzeba wygłuszyć swoje sumienie. Czy zatem warto patrzeć na swoją karierę zawodową przez różowe okulary jedynej drogi do samorealizacji i satysfakcji z życia? Każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Moja odpowiedź dla mojego życia brzmi – chcę być poza piramidą tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Ja uważam, że praca naprawdę uszlachetnia. Bóg powiedział do Adama: „W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi z której zostałeś wzięty [czyli do raju]; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Księga Rodzaju, 3,19, nawias mój). Moim zdaniem Bóg nie bez powodu powiedział Adamowi, że będzie ciężko pracował, aby zjeść. W pracy na wykarmienie siebie i rodziny nie ma fanaberii. Nie pracujesz – nie jesz. Nie siejesz – nie żniesz. Nie ma drugiego dna. Jest prostota i szczerość. Kiedy jesz chleb, na który musiałeś przez cały rok pracować, siejąc zboże, potem pozyskując z nich ziarna, następnie mąkę, aż wreszcie go piekąc wiesz, że w tym chlebie skumulowana jest energia z całego sezonu twojej ciężkiej pracy. Zjadasz tą dobrze spożytkowaną energię i doceniasz jej owoc. I widzisz tę prostą zależność – pracuję, więc mam co jeść. Natomiast czy dziś pracujemy zawodowo po to, aby być najedzonym, ubranym i mieć dach nad głową, czy po to aby być? Być menagerem, specjalistą, lekarzem, prawnikiem itd? A może po to aby mieć? 1500, 2,5 ; 10 000?

Od kiedy przeprowadziłam się na wieś zauważyłam, że w tych prostych ludziach, wykonujących prostą pracę jest o wiele więcej szlachetności, ale i mądrości. Takiej życiowej. Zauważyłam też, że wyrzucanie obornika ze stajni daje mi daleko większe spełnienie i satysfakcję niż udana współpraca z klientem. Nie dlatego, że praca z klientem jeszcze bardziej śmierdzi, tylko dlatego, że wykonując taką prostą pracę dotyka się jakoś dziwnie sedna istnienia, widzi się świat takim jakim jest.

Według Słownika Języka Polskiego szlachetny to (o człowieku) „taki, którego cechuje uczciwość, prawość, bezinteresowność, honor, np. szlachetny człowiek; prawy, uczciwy, piękny”

Czy praca w fabryce uszlachetnia? Prędzej odczłowiecza. Czy praca w finansach uszlachetnia? Prędzej uczy kombinatorstwa i bezkarnego oszustwa jako jedynej drogi do osiągnięcia sukcesu. Czy praca w służbie zdrowia uszlachetnia? Prędzej otępia naturalną empatię, by pracownik mógł wykonywać swoje zadania, w efekcie czego zdarza się, że ludzie umierają na korytarzu szpitalnym. Pewnie są zawody, które uszlachetniają. Może strażak? Może pracownik hospicjum? Ale jednego jestem pewna – są to słone krople w morzu słodkiego otępienia.

Nie dla każdego bycie szlachetnym jest atrakcyjne. Wiem o tym. Dla mnie jednak jest. Dlatego nie interesuje mnie wykonywanie pracy, która będzie zmieniała mnie w bezmyślną maszynę do perfekcyjnego wykonywania jednego zadania. Nie interesuje mnie praca w której będę poświęcała minimum 8 h dziennie swojego życia czyimś celom, bo szeregowy pracownik jakiejkolwiek firmy tak naprawdę realizuje czyjeś cele w zamian za wynagrodzenie. Nie interesuje mnie również pisanie własnej bajki o tym kim chcę być, żeby być kimś. Nazywam się Agnieszka Siudem-Nowicka i z zawodu w zasadzie jestem nikim. I jest mi z tym coraz lepiej. Bo jestem nikim innym jak sobą – Agnieszką Siudem-Nowicką. Drugiej takiej nie ma. Nie robię niczego wbrew sobie, ani przeciw sobie. Nie jestem męczennicą. Dbam o rodzinę, bo ich kocham, nie dlatego, że nie mam niczego innego do roboty. Nie rezygnuję z siebie nie wykonując żadnego zawodu, bo realizuję wszystkie swoje marzenia i pasje właśnie tu. Rozwijam się jak nigdy dotąd.

Nie twierdzę tu, że zarabianie pieniędzy jest z gruntu złe i niegodziwe. Nie twierdzę, że wszyscy powinniśmy teraz być samowystarczalnymi rolnikami. Ale uważam, że nasze zachodnioeuropejskie myślenie o pracy jest niesprawiedliwe. A moje stanowisko jest przyczynkiem do szukania sposobu, aby pozyskiwać tylko tyle pieniędzy ile faktycznie potrzeba, w taki sposób, aby nie podporządkowywać temu życia.

Kiedyś myślałam, że to praca zawodowa sprawia, że stajemy się kimś bardziej wartościowym. Że bycie sobą to wyjściowa do tego, by stać się kimś innym (panią projektant na przykład). Dziś wiem, że moją wartość określa cena, jaką za mnie zapłacił mój Zbawiciel – Jezus. A jest to cena najwyższa – życie. Za Ciebie też tą cenę zapłacił. Nie musisz więc pracować na to by stać się kimś wyjątkowym. Jesteś najbardziej wyjątkową osobą w kosmosie, bo Bóg zaplanował Cię przed założeniem świata i nawet wszystkie włosy na Twojej głowie są policzone (Mateusza 10, 29-31). Jesteś tą osobą właśnie, za którą warto było oddać życie. Jezus Cię kocha tym kim jesteś dziś, kim byłeś/byłaś wczoraj i tym kim będziesz jutro. Niezależnie od tego kim byłeś, jesteś i będziesz, ani co masz w CV.

Bóg nie pochlebia lenistwu. Bóg nie promuje nieróbstwa. Bóg dał nam pracę na ziemi po to, aby nas uchronić przed pułapkami diabła. Bo człowiek w pocie czoła jedzący chleb nie ma czasu ani siły ulegać pokusom. A diabeł od czasów Adama i Ewy ma dla nas wciąż tą samą i jedyną pokusę, abyśmy stali się tacy jak Bóg (Księga Rodzaju 3, 4-5). Więc stawia na naszej drodze wyobrażenia o byciu coraz to lepszym i lepszym, ważniejszym i wartościowszym. A wszystko to własnymi siłami i w oparciu o własną mądrość. Jednak któż z nas sobie zawdzięcza taką, a nie inną inteligencję z którą się urodził? Kto z nas dzięki własnym zasługom ma talenty, które ma? Można całe życie zapierdalać, aby próbować być takim jak Bóg, tak zwanym panem swojego losu, albo zanurzyć się w Jego łasce i cieszyć się tym, że już się jest stworzonym na Jego obraz i podobieństwo, Jego dzieckiem, bez konieczności osiągania czegokolwiek, bo wszystko zostało już osiągnięte dla nas przez Jezusa Chrystusa. Alleluja.

* fotografia pochodzi z budowy siedliska i jest mojego autorstwa, a nań Nowicki.

Reklamy

6 Comments

  1. Justyna

    Tak, teoretycznie… Gdyby tak nagle wszyscy ludzie przestali się troszczyć i jedzenie, picie i ubranie. Czy finał nie doprowadziłby nas do nieba na skróty? Bo by wszyscy wymarli… Chyba, że nie przewidział, że aż tyle pożyjemy cywilizacyjnie i aż tyle miliardów nnas będzie do wyżywienia przez naturę.

    Lubię to

    • W Twojej wypowiedzi zakładasz, że Bóg istnieje, ale jest niepełnosprawny. Był w stanie stworzyć finezyjne ciało człowieka i zwierząt, najpiekniejsze zestawienia kolorystyczne na skrzydłach motyli i pojedynczą komórkę bardziej skomplikowaną niż prom kosmiczny, a sądzisz, że nie wie czego potrzebujemy i jak nam to zapewnić? Ptaki nie zakłądają kont emerytalnych ani nie mają spiżarni, a jednak niczego im nie brakuje. Mateusza 6,26 „Spójrzcie na ptaki niebieskie, że nie sieją ani żną, ani zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski żywi je; czyż wy nie jesteście daleko zacniejsi niż one?” 34: „Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia.”.

      Lubię to

      • Justyna

        Nie. Zakładam tylko, że moja logika nie ogarnia doskonałości boskiego planu, co nie znaczy, że nie mogę sobie rozważać na ten temat.

        Zatem wyposaża nas Bóg w instynkt przetrwania ale nie kaze nam się troszczyć o to co przeetrwać nam pozwala. A nie troszczyć się znaczy, nie martwić tylko, czy zupełnie nie dbac. A przetrwanie oznacza, że ktoś nas nakarmi, czy nam spadnie manna z nieba. Czy „zaradni” trwają dłużej, bo w swej trosce nie rozumieja, że mają zakończyć żywot i zmierzac wprost doo nieba a ci co się nie troszczą to nie troszczą się, bo są gotowi?

        Ciekawi mnie jak to postrzegasz.

        Osobiście jestem zjechana psychicznie, utyrana fizycznie troska o codzienność. O rachunki, jedzenie, nie żadne zbytki, o podstawy. I chętnie bym odpuściła, naprawde tylko nie stracza mi wyobraźni jak to zrobić i co sie stanie.

        Polubione przez 1 osoba

      • Super! Jezus powiedział „Przyjdźcie do mnie wszyscy zapracowani i przeciążeni, Ja Wam zapewnię wytchnienie” (Mt 11,28-30). I to działa w naszym życiu. Mój mąż jest idealnym przykładem tego jak z pracoholika i człowieka umęczonego troską o dzień jutrzejszy, o byt, o stabilizację, stał się człowiekiem lekkim, nie zmartwionym i spokojnie znoszącym każdą nawałnicę ekonomiczną, które wcześniej wytrącały go kompletnie z równowagi.

        Nie troszczyć się znaczy nie martwić i nie dbać. Ale nie dbać nie w znaczeniu, że nie robić nic. Robić tyle ile masz siły i chęci, a w to zaopatruje Cię Bóg i nie daje Ci więcej siły niż Ci potrzeba do pracy, abyś nie pracowała więcej niż potrzeba i nie daje Ci za mało chęci, abyś nie stała się leniwa. Za to błogosławi każde dzieło rąk Twoich aby wystarczyło Ci na zaspokojenie Twoich wszystkich potrzeb.

        Jest wielu ewangelistów, którzy o tym nauczają i którzy żyją właśnie z Bożego wytchnienia. Nie zabiegają o powodzenie finansowe, ale powodzenie finansowe ich dotyczy na maxa, bo Bóg nam to zapewnił razem z całym Zbawieniem. Zapewnił też uzdrowienie i uwolnienie od wszelkich więzów jak nałogi czy depresja. Nie da się tego wszystko jednak doświadczyć, jeśli traktuje się Boga jak wroga lub pracownika Urzędu Kontroli Skarbowej, który zaraz coś na nas znajdzie. Boga trzeba poznać, czyli najlepiej aby ktoś kto Go zna opowiedział nam o Nim. Potem trzeba zdecydować, czy się chce przyjąć Bożą ofertę czyli Zbawienie poprzez wiarę w ofiarę Jezusa. Następnie wyznać Bogu tą wiarę i usiąść i odpocząć, a Bóg zrobi resztę. I naprawdę zrobi. Bóg robi dobrą robotę powiem Ci.

        Lubię to

  2. Kasia

    Przeczytalam, ale przyznam ze nie zgadzam sie. Pracuje w finansach, na obczyznie, ale daleko mi do oszustki. Pracuje najlepiej jak potrafie, teoretycznie dla pracodawcy, ale praktycznie uwazam ze pracuje dla…Boga, bo przeciez chcial bysmy pracowali i swa praca go
    wychwalali. Byc moze zle Cie zrozumialam, byc moze przez finanse mialas na mysli bankierow ale gdzies w srodku mnie zabolalo ze tak
    generalizujesz. Piszesz ze z zawodu jestes nikim ale, przeciez masz prace zarobkowa i wykonujesz zlecenia, zakladam wiec ze studiowalas w tym kierunku. Nie ma nic zlego w wykonywaniu jakiejkolwiek pracy jak dlugo robisz to z Bogiem. Brzmi srednio dobrze ale chodzi mi o to ze jesli wiara stanowi w Twoim zyciu wazna czesc to chocbys byla szefem wszystkich szefow to nie bedziesz ‚srala wyzej…’

    Lubię to

    • Faktycznie, pisząc o branży finansowej z tyłu głowy miałam bankierów, ale nie moje stwierdzenie czym jest branża finansowa bierze się też z doświadczeń jako przedsiębiorca. W Polsce dobra księgowa to taka, która znajdzie sposób na to, abyś zapłacił jak najmniejszy podatek co w oczach Boga oznacza – uniknął tego podatku. A przecież Jezus powiedział „oddajcie cesarzowi co cesarskie, a Bogu to co boskie” (Ew. Mateusza 21,21). W Polsce jako chrześcijanka masz zatem wybór, aby być dobrą księgową, albo uczciwą. Ucziwą księgową będąc zarobisz na chleb, ale sukcesu nie odniesiesz i o tym jest mój tekst między innymi. W Anglii np z tego co wiem, bo mam kilkoro znajomych pracujących tam od nastu lat, prawo jest zdecydowanie bardziej pro przedsiębiorcom i być może oszukawanie i szukanie luk prawnych nie jest aż takie powrzechne ani konieczne. Ale w Polsce tak jest, a ja się odnoszę do naszych warunków, bo przecież nie mogę pisać o tym co się dzieje np w RPA, gdyż nie mam o tym pojęcia.

      A odnosnie tego co napisałaś, że Bóg przykazał nam pracować, to właśnie cały post trochę spieram się z tym przekonaniem. To znaczy ja nie twierdzę, że Bóg nie przykazał nam pracować, bo sama zacytowałam ten fragment z księgi rodzaju, ale nie jestem przekonana, aby Bóg przeznaczył nas do pracowania w systemie za pieniądze i na pieniądze. Nie znajduję w Piśmie (choć może coś mi umknęło, jeśli masz fragment to napisz w komentarzu proszę) instrukcji jak prowadzić życie zawodowe w zgodzie z Bogiem. Bóg posłał nas jako naśladowców Jezusa. Jezus prawdopodobnie pracował zawodowo zanim zaczął nauczać i czynić to po co przyszedł na Ziemię, ale kiedy głosił i czynił cuda już tego nie robił. Podobnie apostołowie. Jeden z nich pracował o czym wspomina w listach, ale nie pamiętam który (wydaje mi się, że Jan), ale pozostali zajmowali się pracą „dla Boga”. Nie było to doprowadzanie rzemiosła do perfekcji czy powrót do rybołóstwa, którym przecież zajmowali się apostołowie przed powołaniem przez Jezusa, ale to było chodzenie po świecie i głoszenie Ewangelii. Rozważam ten temat już kilka lat i doszłam do wniosku, że praca zawodowa nie jest tym co Bóg miał na myśli nadając nam pracę. Ona może współistnieć w życiu chrześcijanina i zapewniać mu podstawowe potrzeby, ale to nie jest pracowanie dla Boga. Praca dla Boga to głoszenie Ewangelii wszędzie gdzie się jest, również w pracy. Natomiast rozliczanie czyiś PITów, robienie komuś hamburgerów, czy sprzątanie czyjegoś domu nie jest tym, czego Bóg od nas oczekuje, ani do czego nas powołał.

      Ja wykonywałam zawód projektantki, ale już tego nie robię. Między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że pracowanie na własny sukces zajmuje bardzo dużo życia. A mi tego życia szkoda na sprawy doczesne, na gromadzenie skarbów na ziemi. Nie mam wcale na myśli jakiś górnolotnych sukcesów. Samo doprowadznie działalności do rentowności i płynności finansowej rozumiem jako sukces, czyli powodzenie. Ale to jest tak pochłaniające, że mi zaczynało brakować czasu dla rodziny, przyjaciół, na inne pasje, o czasie dla Boga nie wspominając, bo albo „przyjemności” albo praca. Albo sukces, albo porażka. Wybrałam więc świadomie „porażkę”, aby nie przegrać swojego życia, bo mam inne rzeczy do zrobienia tu na Ziemi.

      Faktycznie, masz rację, że chrześcijanin nie zależnie od tego czym się trudni i jakie ma stanowisko, nie bedzie traktował pracy jako powodu do wywyższenia siebie, bo zawsze będzie wywyższał Jezusa. Wielu moich przyjaciół chrześcijan nie zgadza się z moim stanowiskiem, że praca zawodowa nie pomaga w życiu dla Boga, ale ja nic na to nie poradzę. Może i można pracować zawodowo z Bogiem i Bóg na pewno nie potępia ludzi, którzy sami zapewniają sobie odzienie. Ale co innego nam Bóg obiecał. Obiecał nam zatroszczyć się o nas i zapewnić nam to czego potrzebujemy, a my ten czas mamy poświęcić na „pracę dla Boga”, czyli szukanie i poszerzanie Królestwa Niebieskiego:

      „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.” (Mt 6,24-34)

      Dziękuję Ci za komentarz!

      Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.