Wczoraj mogło być moje ostatnie.

Dziś jest pierwszy dzień mojego nowego życia. Dlaczego nowego? Bo wczoraj myślałam, że umrę. Ale żyję. I nic dziś nie jest takie samo jak wczoraj.

Głupia sprawa. Na plaży nadepnęłam na pszczołę. Wyjęłam sobie nieumiejętnie żądło (o czym wiem teraz po analizie z wujkiem google) ściskając je dwoma palcami, czyli wstrzykując sobie całość jadu z woreczka jadowego. Użądlenie pszczoły czy osy zwykle nie jest groźne, chyba, że człowiek jest uczulony. Moja mama 2 razy walczyła o życie po użądleniu szerszenia i pszczoły właśnie. A ja od dziecka żyłam w strachu, że też jestem uczulona. Jako dziecko byłam użądlona dwa, trzy razy i nic się nie działo, ale wiedziałam, że alergia może się pojawić później. Po kilku od użądlenia minutach zaczęło mi się robić słabo i ciemno przed oczami, odczuwałam też bardzo silny ból i falową jakby utratę, czy osłabienie czucia w obydwu kończynach. Zdałam sobie sprawę z tego, że zaczyna się u mnie reakcja alergiczna, a ja jestem na plaży, 30 km od najbliższego szpitala. Zanim przyjedzie po mnie pogotowie, mogę umrzeć. Wtedy uświadomiłam sobie, że moją jedyną nadzieją jest w tym momencie Bóg. Leżąc zaczęłam się głośno modlić, nie zwracając uwagi na to, że jestem na plaży i prawdopodobnie już wzbudziłam zainteresowanie samym faktem kuśtykania do ręcznika. Przeklęłam reakcję alergiczną w imieniu Jezusa Chrystusa i zaczęłam wychwalać Go za to co dla mnie uczynił na krzyżu, za to, że dzięki niemu ja jestem zwycięzcą w tym starciu, bo on zwyciężył na krzyżu wszelki grzech, chorobę, słabość i śmierć. Więc mnie nie może już dotknąć nic z tych rzeczy, bo jestem wolna i zbawiona. Poczułam, że objawy ustępują, choć wg wszelkich opracowań dotyczących reakcji na użądlenia owadów błonkoskrzydłych, przy takich objawach powinnam się bezwzględnie skonsultować z lekarzem. A ja, po 15 minutach od wystąpienia tych objawów mogłam wrócić do zabawy z córką. A co najlepsze, zniknął mi nawet obrzęk i ból w miejscu użądlenia, choć te objawy utrzymują się nawet u osoby nieuczulonej do 24 godzin, natomiast u mnie trwały 10 minut! Bóg jest dobry!

Wiem, że z perspektywy osoby, która właśnie pije sobie kawkę w biurze albo wciąga drugie śniadanie, historia może nie wydawać się powalająca, ale z cudami tak właśnie jest. One nie są spektakularnymi czarami, bo to człowiek oczekuje, że Bóg będzie czynił cuda jak iluzjonista. Ale tak nie jest, bo Bóg taki nie jest. Cud powstania życia z połączenia się dwóch maleńkich komórek, choć rozumiemy jak przebiega, wciąż nie wiemy jak do tego doszło i dlaczego tak się dzieje, wydaje nam się być czymś normalnym. Tak samo jest z innymi cudami. Osoba która doświadcza cudu wie, że to był cud, choć inni mogą mówić – zbieg okoliczności, przypadek. Bo Ty, kiedy  czytając to nie odczuwasz przychodzącego omdlenia i strachu przed śmiercią, możesz myśleć – „wielkie mi co, użądlenie owada”. Ale kiedy czułbyś, że zaraz będziesz mieć zapaść, mógłbyś tak jak ja pomyśleć – „o kurwa!”. Skrajnie różny odbiór tej samej sytuacji. I niech sobie teraz dywagują lekarze, ratownicy medyczni i pielęgniarki, że do śmierci było mi jeszcze daleko.  Uwierzcie mi, że kiedy prawdopodobnie drastycznie spadło mi ciśnienie, przez co zrobiło mi się tak słabo, że sądziłam, iż zaraz stracę przytomność, a w nogach traciłam czucie, to nie myślałam sobie (o ja głupia), że być może wystarczy mi uderzeniowa dawka wapnia, 0,3 mg adrenaliny domięśniowo, albo zażycie tabletki przeciwhistaminowej, ale miałam przed oczyma moją mamę na OIOMie.

Łatwy dostęp potencjalnie nieomylnej medycyny jest dziś i błogosławieństwem i przekleństwem. Bo choć dzięki tej medycynie wciąż żyją i wciąż mają szansę zwrócić się do Boga ludzie, którzy go nie znają, to Ci, którzy Go znają doświadczają niewiary właśnie przez tą świadomość, że w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia przyjedzie drugi człowiek i udzieli im/nam pomocy. Ale człowiek jest omylny, a medycyna nie jest doskonała, natomiast Bóg nigdy nie popełnia błędów lekarskich, nie psuje mu się ambulans i nigdy się nie spóźnia. Jakiś czas temu zrezygnowałam z chodzenia do lekarza i ufania ludzkim dokonaniom w dziedzinie zdrowia, a w sytuacji zagrożenia życia (bynajmniej z mojej perspektywy dnia wczorajszego) moją pierwszą myślą było zaufanie pogotowiu. I dziękuję Bogu za to, że napełnił mnie ponad 3 lata temu nadzieją, która mogła zaowocować zaufaniu, że skoro – jak wierzę, uczynił człowieka, go też naprawić, kiedy coś nie działa.

Pocałunek męża, kiedy się spotkaliśmy wieczorem, smakował wyjątkowo. Wiedział jakie było zagrożenie, bo też kiedyś czekał ze mną na korytarzu, kiedy mojej mamie przywracano oddech.  Nie będzie puenty w stylu: żyj tak jakby jutra miało nie być, bo nigdy nie wiadomo kiedy nasz koniec. Będzie puenta: zaufaj wszechmogącemu Bogu, a już nigdy nie będziesz musiał/a się bać, że umrzesz.

Domu wciąż nie sprzedaliśmy. Bóg mi powiedział, że stanie się to w październiku. Pozostaje ufać.

Reklamy

3 Comments

  1. c22

    mój kolega w weekend miał „bliskie spotkanie” z szerszeniem, ugryzł do w usta- to dopiero masakracja twarzy była, ale jak i u ciebie dobrze się skończyło, na szczęście….

    Lubię to

  2. Malina

    Flp 4, 4-7

    Alleluja!

    Dzięki za wpis. Słowa przypominają mi, że mam być wciąż cierpliwa i ufać Mu w oczekiwaniu na wypełnienie obietnicy, którą mi dał. Amen.

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.