MUST THINK № 7 – m i n i m a l i z m

Każda rzecz którą posiadamy zabiera nam czas i pieniądze. Ale przede wszystkim zabiera nam święty spokój, którego mamy przecież tak mało. Każdy nienoszony ciuch w szafie, to zbytek, który kosztuje naszych mężów wrażenie, że mamy się w co ubrać, choć otwierając rano szafę i tak wiemy, że jest inaczej. Ile rzeczywiście mi potrzeba i dlaczego mniej niż posiadam?

Zacznę cykl MUST THINK od końca, bo im dalej od pierwszego punktu, tym sprawy są dla mnie mniej zbadane, a rzeczy mniej jasne. Jestem ciekawa natomiast jak Wy radzicie sobie z danym zagadnieniem. Czy macie to przepracowane, czy uświadomiliście już sobie zbytek we własnym życiu i co robicie, lub co zrobiliście, aby się z tym uporać?

Ja na razie mam świadomość nadmiaru rzeczy. Mam też świadomość, że ten nadmiar rzeczy będę musiała spakować w kartony i upchnąć gdzieś na hadziajstwie, więc tym bardziej szukam sposobu, aby się z częścią rozstać. Ale największym problemem nie są chyba same rzeczy, a tak zwany „pierdolony sentyment”.

Czasem marzę o tym, aby zamieszkać w maleńkim domu, gdzieś w głuszy. W domku tak małym, że nie trzeba na niego żadnego pozwolenia. Jak jeden z tych, które odwiedza Sam Elkins, który codziennie pobudza moją wyobraźnię, kiedy przeglądam swoją tablicę na instagramie.

Albo w camperze. Tak. W camperze też mogłabym mieszkać.

Tylko jak miałabym się tam zmieścić, ze wszystkim co mam?!?! Kiedy się rozglądam się po naszym domu, nie widzę rzeczy niepotrzebnych. Za to widzę całą masę przydasiów, z których każdy – wiadomo – przyda się. To co jest na wierzchu zazwyczaj ma jeszcze jakieś funkcje, ale to co kryją szuflady… to jest zdecydowanie osobny ekosystem. Eko, dlatego, że zmniejsza ilość produkowanych przez nas śmieci, gdyż jak byśmy to wszystko wyrzucili to kontener mógłby nie starczyć. A system, dlatego, że systematycznie się zwiększa.

Nie wiem jak poradzić sobie z kilkoma aspektami zmniejszenia ilości rzeczy w obejściu. Może Wy macie swoje sposoby? Podzielcie się proszę w komentarzach.

  • Jak uniknąć prezentów?

Mam taką teorię, że za prezentami stoi prawie zawsze szatan. Jaka jest korzyść z dostawania prezentów? Z jednej strony nie jesteśmy w stanie wyplenić z naszych dzieci chęci ich otrzymywania przy każdej możliwej okazji, nawet z okazji święta pracy. Z drugiej strony, kiedy mamy komuś dalszemu dać prezent z okazji urodzin, imienin, cesarskiego cięcia, ślubu czy rozwodu, zawsze pojawia się ten sam problem – co mogę tej osobie dać/kupić? Zazwyczaj nie wiem co ma, ani nie wiem też czego potrzebuje, ale nie wypada nie dać nic, bo tak już się przyjęło. A szatan siedzi i zaciera ręce. Bo Ty masz problem, a osoba obdarowana ma później problem z najczęściej średnio trafionym prezentem. W zasadzie obdarowywanie ma sens i zasadność tylko wtedy, kiedy obdarowujemy kogoś bardzo, bardzo bliskiego. Wtedy pomysły przychodzą same i mamy przyjemność z darczynienia, bo wiemy, że prezent sprawi obdarowanemu przyjemność.

Ja nie obchodzę już od kilku lat urodzin. Szczerze, unikam też obchodzenia czyiś urodzin. Tym bardziej, że po urodzeniu dziecka wydaje mi się co najmniej głupie obdarowywanie prezentami kogoś, kto w żaden sposób nie przyczynił się do własnego przyjścia na świat. Kiedy moja córka ma urodziny, staram się nakierunkować gości na jakiś symboliczny prezent. Córka i tak dostanie coś extra od dziadków – nie unikniesz – a cała sterta nowych, często zbyt kosztownych zabawek, to dopiero zbytek. Dziecko pobawi się tydzień, a potem tylko będzie przewalać je z kąta w kąt. Dlatego w zeszłym roku goście otrzymali prośbę o przyniesieniu na Marioli urodziny kwiatka na rabatkę, którą później wspólnie urządziłyśmy jako Marioli własną. Ale człowiekowi głupio jest nie dać, więc do kwiatka musiała się znaleźć zabawka. Bo człowiek daje, żeby zagłuszyć własną potrzebę pokazania jakim jest dobrym przyjacielem. Jak nie żałuje bliźniemu. Nie ważne, że bliźni tego nie potrzebuje, nie chce, ani tym bardziej oczekuje. Co zatem zrobić, aby uniknąć prezentów, by nie musieć się później zastanawiać, co z nimi zrobić?

  • Jak nie stać się punktem Caritas Polska?

Nie wiem, czy chodzi o dredy, które sugerują wszy, czy moją kilkukilogramową niedowagę, która sugeruje niedożywienie, ale od rodziców począwszy, na znajomych kończąc otrzymuję paczki w stylu „wrzuciłabym do kontenera, ale pomyślałam, że Ci się przyda” :). Oczywiście nie raz mi tyłek taka paczka uratowała, jak się okazało, że Marioli znów urosły nogi i we wszystkich spodniach wygląda jak Bolek i Lolek. Nie raz też ucieszyłam się ze starego mebla, który przeszedł metamorfozę. Jednak często dostaję rzeczy, który ani nie potrzebuję, ani nie chcę. Do tego nie zawsze mam wybór czy przyjąć czy nie, bo postawa darczyńcy mówi, że odmówić nie wypada. Macie na to jakiś sposób?

  • Jak skondensować miejscochłony wyspecjalizowane?

Jednym z powodów, dla których my posiadamy tyle rzeczy, jest fakt specjalizacji poszczególnych naszych zainteresowań. Do stajni mam osobne ubrania i sprzęt jeździecki, który musi się gdzieś mieścić. Na kanadyjkę i sporty wodne mąż ma sprzęt i ubrania przeznaczone wyłącznie do tego. Na wyprawy górskie i nie tylko mam inne ubrania i sprzęt, z których większości nie używam na codzień. Każda z tych specjalności wymaga osobnego miejsca, pieniędzy i uwagi. Ale nie da się tego złożyć w uniwersalną kurtkę czy buty do wszystkiego. Do szydełkowania mam osobną strefę, do szycia osobną. Innych narzędzi potrzebuję do przerabiania mebli, jeszcze innych do scrapbookingu. Czy przy takiej ilości zainteresowań można w ogóle myśleć o minimaliźmie? Jasne, mogę uznać, że obecnie szydełkuję tak rzadko, że bez problemu powinno mi przyjść oddanie komuś, kto to robi częściej, wszystkich włóczek. Ale z drugiej strony, kiedy chcę coś zrobić, najczęściej chcę to zrobić już, bo wena i ochota mijają u mnie jak kulawizna kierowcy, który „zapomniał plakietki” i wraca do swojego zaparkowanego na miejscu dla niepełnosprawnych miejscu. Czy można się w takiej sytuacji zminimalizować do pojemności jednej dużej szafy?

Żeby nie było, że piszę o tym minimaliźnie, który nie ma odzwierciedlenia w moim życiu, podzielę się też z Wami moimi sukcesami.

  • Zminimalizowałam ilość leków. O lekach będzie w kolejnych postach, ale o ich ilości żal nie wspomnieć. Jakiś czas temu było tak:

apteczka-przed-i-po

  • Pozbyłam się nieużywanych kosmetyków, opróżniając szufladę o pełną reklamówkę zbytków. Został w niej olej kokosowy, pasta do zębów i mydło, ale o tym w przyszłym tygodniu.
  • Odrzuciłam „pierdolone sentymenty” i opróżniłam szafę z ubrań, których już nie noszę i które leżały, czekając na moment, w którym mogą się przydać, a który nie nastał od kilku lat (tak – u mnie ubrania miewają i po 10 lat. Moje życie modowe kwitnie ;)). W efekcie zniknęło 5 dużych (około 200 l) worków ubrań.

Pozostało mi uporać się z:

  • Rupieciami „do przerobienia”, których nie przerabiam i nie wiem czy kiedykolwiek przerobię – jakieś dwa pomieszczenia gratów.
  • Materiałami do przerabiania – 2 metrowy regał pod sufit.
  • Dwoma pomieszczeniami gospodarczymi i ich tajemniczą zawartością, której nie zna nikt.
  • Pościelami, obrusami i innymi tekstyliami, które ochoczo zbierałam, a teraz ich nie używam – cała komoda znaków zapytania.

Jeżeli poskromię swój inwentarz, na pewno się tym pochwalę! A Wy? Jak jest z Waszym zbieractwem? Jak Wasza potrzeba minimalizmu? I jeśli ją macie, jak się Wam udaje ją zaspokoić?

 

 

 

Reklamy

9 Comments

  1. Hmmm. Rzeczywiście. Jak się zastanowiłem to wyszło, że od ciuchów, po apteczkę mam całą masę zbędnych rzeczy. Odczuliśmy to z żoną dość dosadnie podczas przeprowadzki z małego (jak nam się wydawało) mieszkanka do nowego „siedliska”. Przeprowadzka, która miała trwać 2-3 dni trwała dwa tygodnie! Nie sądziliśmy, że w tak małym mieszkaniu jest w stanie pomieścić się aż tyle.. właśnie niepotrzebnych rzeczy. Od tego czasu zawsze trzy razy pomyślę, zanim coś kupię. Najtrudniej jest z książkami, które lubimy ale potem zajmują nie tylko półki ale kartony w piwnicy.

    Lubię to

  2. rakso

    Więcej do tego co wszystkie napisałyście nie dodam. Na smutną gatkę ludzi „wielbicieli pierdół, bibelotów oraz mebli w połysku” po oględzinach mojego domu uważanego za bardzo skromny-czytaj biedny- odpowiadam: „mam piękne i zajebiste dziecko, przystojnego męża, który często się uśmiecha, więc w odróżnieniu do Was nie czuję potrzeby zagracania domu marketowym kiczem”.

    Lubię to

  3. Pod słowami Alicji „nie lubię sprzątać a lubię czystość” podpisuję się obiema rękami. Na bibeloty patrzę zazwyczaj jak na potencjalnych niszczycieli ładu, bo trzeba je będzie odkurzać, podnosić, przestawiać, ktoś lekko przesunie i zniszczą cały mój ład itd. itp. Jak czegoś nie potrzebuję, a ktoś próbuję mi to wcisnąć, mówię od razu, że naprawdę nie jest mi to potrzebne i nie ma sensu, żeby zalegało u mnie w domu – może lepiej poszukać kogoś, komu faktycznie się przyda.

    Prezenty zazwyczaj podpowiadam. Pytana wprost, odpowiadam wprost, ale ludzie często pytają pośrednio, czasami też pośrednio coś sugeruję („jeśli osoba x koniecznie chce mi coś kupić z okazji imienin, to przekaż, że ucieszyłby mnie np. xyz”) – unikam jedynie wychodzenia wprost z inicjatywą, bo uważam to za niegrzeczne 😉 Sama również zazwyczaj pytam wszelkiej maści solenizantów, jubilatów etc., co chcieliby otrzymać. Z drugiej strony chyba dość dobrze „rozpracowuję” ludzi, bo wszyscy bliscy i znajomi twierdzą, że robię fenomenalne prezenty. A jeśli nie chcę z jakiegoś względu pytać, a nie mam pomysłu, stawiam jak Alicja na „konsumpcję”. Kosz pełen luksusowych produktów spożywczych, karnet do spa czy voucher do restauracji – takie rzeczy się wykorzystuje, nikomu nie zalegają na półce.

    Najważniejsze to uświadomić sobie, że trzeba olewać sentymenty. Ok. Są rzeczy naprawdę pamiątkowe jak np. pamiętnik mojej babci z czasów II Wojny, dokumenty dziadka czy moje rysunki z dzieciństwa. Na takie warto przeznaczyć jedno ładne pudełko, ale nie więcej. Niepotrzebne są bilety wstępu z muzeów, słomka w kształcie penisa z wieczoru panieńskiego przyjaciółki i tego typu podobne „pamiątki”. To są tylko rzeczy, nie warto nadawać im szczególnego znaczenia czy zasług 🙂

    Powodzenia raz jeszcze życzę w walce o przestrzeń – trzymam kciuki 🙂

    Lubię to

  4. Alicja

    Moja potrzeba minimalizmu jest olbrzymia, wrodzona i nieuleczalna. MOże dlatego, że tak bardzo jestem niepoukładana, chaotyczna i nieuporządkowana. Pojawiła się już wtedy gdy musiałam co sobota odkurzać kryształy i porcelanę na półkach niegdysiejszego s(r)alonu vel dużego pokoju vel stołowego, w którym nie mieścił się stół ale regały po sufit wypełnione wystawką nieużywanych naczyń, tak. Wzmocniła się wtedy gdy z całym swoim dobytkiem musiałam się często na studiach przeprowadzać bo ciągle ktoś mi wypowiadał mieszkanie, bo a to decydował się sprzedać a to właściciel wracał do kraju (tak bywało, że ktoś wtedy jeszcze ktoś wracał z zagranicy). Wtedy na każdą rzecz, którą wnoszę do domu nauczyłam się patrzeć jak na potencjalnego grata zajmującego miejsce w transporcie.

    Nie lubię sprzątać a lubię czystość. I niech ktoś mi powie, że mając milion mebli można mieć czystą podłogę. Ja mam, bo jest niemal pusta. Kanapy kupowałam pod kątem by były lekkie do przesunięcia. Nieliczne inne meble też. Nawrt łóżko sypialne mam takie, że nie ma szans zalegać na nim kurz.

    Minimalizm ma swoje wady, szczególnie taki surowy jak mój. Nie można poprawić sobie nastroju. Tak, znam to uczucie. Jest naprawdę fajne. I tylko gdyby nie to, że zaraz wyrzuty sumienia, że rzecz, że bez sensu, że tylko miejsce zajmie i bałagan zrobi. I druga sprawa – pasje. Minimalizm właśnie ogranicza pasje. Kiedyś jeździłam na nartach, próbowałam kontynułować tę przyjemność ale nie lubię wypożyczonych rzeczy a nie mogę się przełamać to kupienia tylu sprzetów i akcesoriów, które sa mi potrzebne przez tydzień – dwa w roku. Skutek – nie jeżdżę. Nie jeżdżę na rowerze. Zrezygnowałam ze wszystkiego co wymaga rzeczy do przechowywania. Ale udało mi sie znaleźć zastępstwo. Pływam (strój, czepek i okularki są akceptowalnym objętościowo zbędnikiem). Maluję. Jak wyjdzie wieszam – ścian mi nie brakuje a odkurzanie obrazów lubię. Jak nie wyjdzie wyrzucam bez żalu. Wszystkie akcesoria mieszczą się w niewielkim zakamarku, mojego domowego biura. Czytam i piszę. Pisze tylko w kompie. Czytam tylko pożyczone książki. Nie lubię kupować książek, dla mnie ważna jest treść nie przedmiot. Mogłabym płacić twórcom jakiś abonament ale książki nie kupię. Tak jak korzystam z muzyki. Płacę ale nie gromadzę płyt.

    Nie kupuję zastaw. Nie mam problemu, że moje naczynia są każde z innej parafii. Nie kupuję durnostojek, pełniących ponoć funkcję dekoracyjną. No nie wiem. Nie mam nawet wazonu, zresztą nie lubię ciętych kwiatów. Czuję się okropnie gdy więdną. A nawet wcześniej czuję się okropnie bo wiem, że zaraz zwiędną.

    Nie mam problemu z prezentami. Każdy wie, że chętnie przygarnę bilet, karnet na przyjemności ciała i ducha. Ale rzeczy absolutnie nie przyjmę.

    Mąż się dostosował. Córka też, pięć razy się zastanowi zanim powie, że czegoś potrzebuje. Jedyne na co się godze z trudem to 2 pudła wypełnione po brzegi przydasi do jej prac twórczych. I zawsze powie, że coś by jej sę przydało, Szczęsliwie po pracy składa cały ten majdan z powrtoem. Efekty tych prac, przyznam trochę mnie drażniły ale znalazłam na nie sposób, Mamy nieprzekraczalną ilość dwóch półek na te prace i każda nowa zastepuje, inną która ląduje albo w specjalnym segregatorze lub wyrzucamy, zależnie od „sentymentu”, którym ja potrafię obdarzyć jedynie efekty pracy mojej córki, stare zdjęcia i listy. Tyle. Wszystko poza tym mogę wyrzucić.

    Rozpisałam się jak głupia ale w tej kwestii mam sporo do powiedzenia. W moim przypadku to nie trend, postanowienie czy moda. To raczej mania. I skrajność. A generalnie nie przepadam za skrajnościami.

    Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na dalsze wpisy. Bo jesteś niebanalną osobą i nieprzeciętnie żyjesz a to zawsze jest dla mnie ciekawe i interesujące.

    Polubione przez 1 osoba

    • O jacie! Dziękuję Ci za ten komentarz! Pomysł na prezenty w formie biletów na jakieś wydarzenie kulturalne czy coś w tym stylu jest super! Za pasji nie zrezygnuję na pewno, ale durnostojki też przestały już dawno być w kręgu moich zainteresowań. Super, że się ze mną podzieliłaś swoim punktem widzenia. Właśnie o to mi chodziło. Dzięki! Bardzo pozdrawiam!!!

      Lubię to

  5. Do niedawna uważałam się za życiową minimalistkę, ale teraz już nie wiem co sądzić? Moja śp. Babcia była purystką – mieszkała na wsi w drewnoanej chacie i wszystkiego w życiu miała po jednej sztuce. Stół był stołem, chustka kościółkowa – nie na co dzień, podłoga drewniana, poglądy określone, menu ograniczone do produktów, które sama wyhodowała. Czy to był jej wybór? Czy wiedziała w ogóle co to styl życia? Czy była świadoma jak żyje? Nie wiem a może nawet wątpię. Myślę, że dotykasz w tym poście jakichś delikatnych spraw bo czuję kłucie w sercu. Staram się nie poświęcać uwagi rzeczom, których mam mało, ale w pewnym sensie rzeczywistość mnie zmusza do tego. Chciałabym mieć w szafie kilka ubrań i móc nosić je już do starości bo nie ulegam modom, ale się nie da – niszczą się te szmaty. Meble się psują, ulubione kosmetyki mi wycofują ze sprzedaży, jak tylko się przyzwyczaję. Na dodatek ten zawód, który wymaga odemnie ciągłej gloryfikacji rzeczy – nie jest łatwo 😦

    Polubione przez 1 osoba

  6. agu

    Ja mam syndrom „potencjału” – widzę potencjał w materiałach, ciuchach „do przerobienia” i czasem rzeczywiście rzucam się w wir tworzenia z nich działa życia/ciuchu życia. Czyli gromadze, ale mam na to wszystko argumenty! 😉 Fajnie się Ciebie czyta, bless!

    Lubię to

    • Dziękuję! A potencjał… mam tą samą przypadłość. Ale uczę się po woli mierzyć siły na zamiary. Na razie z marnym skutkiem, ale z wiarą, że kiedyś się uda :).

      Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.