MUST THINK № 4 – p o k a r m vol. 1

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz” powiedział Jan Kochanowski i jak na wielkiego wieszcza przystało miał rację. Jednak człowiek jako istota inteligentna, posiada zdolność abstrakcyjnego myślenia i może użyć owej wyobraźni do tego, aby powstrzymać negatywny ciąg przyczynowo-skutkowy. Bo nie trzeba być specjalnie lotnym, aby uświadomić sobie, że choroba zabiera nam wszystko, a bynajmniej większość. Grypa zabierze to na tydzień czy dwa, a nowotwór czasami na zawsze.

Podobno młodzi ludzie nie myślą o zdrowiu, bo wydaje im się, że będą je mieli wiecznie. Tak było i ze mną. Nie dbałam o swój organizm ni troszku. Jadłam byle co, piłam byle co, byle gdzie z nie byle kim. Paliłam i to tyle co Range Rover Classic, którego mamy na sprzedaż jakby ktoś szukał. Wprawdzie prowadziłam zawsze aktywny tryb życia, więc ruchu mi nie brakowało, ale wynikał głównie z tego, że wiecznie byłam spóźniona na autobus, więc musiałam się nauczyć biegać równo z nimi. I tu powinien pojawić się wielki znak stop – choroba, która zmieniła moje myślenie. Ale się nie pojawi, bo to nie choroba zatrzymała mnie na chwilę nad moim wątłym licem. To Bóg we własnej osobie. Ten sam, który obiecał mi, że bezboleśnie przeprowadzi mnie na hadziajstwo. Ten sam, któremu ponad 4 lata temu zawierzyłam, a On zmienił moje życie jak chciał. Wywrócił je do góry nogami. Jestem Mu wdzięczna, że postanowił zatrzymać mnie zanim zrobi to choroba.

Zaczęło się od tego, że Stwórca zabrał ode mnie papierosy. Tak, zabrał. Ja ich nie rzuciłam. Nawet nie miałam tego w planach – lubiłam palić. Wydawałam się sobie wtedy taka … Maria Czubaszek. Niewyparzony język i niegasnący papieros. Jakbym razem z tym dymem wciągała też opary inteligencji i artyzmu. IQ jednak dziwnie nie wzrosło. Ani wydolność płuc. Za to pewnego dnia, jakieś dwa miesiące po nawróceniu, obudziłam się i wiedziałam, że już nie palę. Po prostu. Bez wyrzeczeń, bez tabletek, plasterków i obżerania się. Bez zadręczania się, że papierosy są złe i proszenia na kolanach, żeby mnie ktoś wychłostał. Nie myślałam o tym. Bóg pomyślał o tym za mnie. Po prostu papierosy przestały mnie interesować, a otwarta paczka fajek jeszcze przez rok leżała nie tknięta w szufladzie, po czym trafiła do śmietnika. Tak właśnie działa Bóg. Chrześcijaństwo jest dla leniwych.

Niedługo później pod wpływem pewnej rozmowy, postanowiłam wyeliminować z diety mięso. W sumie to zawsze chciałam być wegetarianką, tylko mi się nie chciało… Nie chciało mi się gotować oddzielnie dla siebie.. w zasadzie nie chciało mi się gotować dla nikogo ani tym bardziej oddzielnie… Nie chciało mi się poczytać o tym co jeść „zamiast”, żeby jeszcze mieć siłę oddychać… W zasadzie wtedy nie chciało mi się w ogóle czytać. Teraz za to czytam 7 ksiązek na raz i po mału mogę wprowadzić w życie dobrze wyglądający na zdjęciach trick stosowania sterty książek przy łóżku zamiast szafki nocnej. Nie chciało mi się również tłumaczyć wszystkim dlaczego nie jem mięsa. Dla tych co jednak chcą koniecznie wiedzieć polecam przeczytać u Asi. Bezbłędny. Wracając do mnie. Tego dnia poczułam wyraźnie, że to jest ten moment. Że mi się chce, że jestem gotowa. I o dziwo tak się stało. Po nitce do kłębka. Najpierw uczyłam się na nowo gotować, uczyłam się też innych nawyków żywieniowych, których zmiana okazała się o wiele łatwiejsza niż sądziłam. Na przykład nawyk sięgania po zupkę chińską, kiedy mam już żołądek przyklejony do kręgosłupa, zastąpiłam nawykiem przygotowywania nieskromnie mówiąc genialnych makaronów, na których wykonanie trzeba mi tych samych 10 minut, w które parzyła się zupka o składzie zbliżonym z klejem do styropianu. Ale wszystko na luzie, bez górnolotnych postanowień i restrykcji. Wiodła mną ciekawość, ufność i poczucie, że zaczynam żyć naprawdę. Że moje życie przestaje być bezmyślnym marszem ogrodzoną betonowym murem autostradą, ale że znalazłam wyjście bezpieczeństwa i teraz zmierzam w stronę lasu. Że zaczynam widzieć świat poza Matrixem, taki jakim go stworzył Bóg, nie takim, jakim go wyrysowali ludzie. Tu nie chodzi o mięso w diecie czy jego brak, ale o świadomość tego, czym karmię swój organizm a także czym karmię swoją świadomość. Czy jest to reklama maka w telewizji czy jest to zrozumienie potrzeb mojego ciała i zapewnienie mu ich w możliwie racjonalny sposób. Kiedy się rezygnuje z mięsa po prostu jest łatwiej zacząć się zastanawiać nad tym co zjeść i czy to mi zapewni coś jeszcze poza wzdęciem.

Jakiś dwa lata później zostałam uraczona przez jedną z bliższych mi osób – Kuki, książką Thomasa Colin’a Campbell’a  „Ukryta Prawda”. Autor ten, wieloletni badacz wpływu żywienia na zdrowie człowieka,  odkrył związek białek zwierzęcych z większością chorób cywilizacyjnych. Jeszcze bardziej godna polecenia jest jego pierwsza książka „Nowoczesne zasady odżywiania”. Można ją dostać w Empiku. Ciężko w kilku zdaniach oddać to, co autor odkrywał przez 40 lat i zebrał w kilkuset stronicowej książce, ale postaram się dać Wam zajawkę, abyście mogli zdecydować, czy warto się z tą pozycją zmierzyć (podobnie jak z pozycją na jeźdźca, na mnicha i na motyla. Nie znam pozycji na motyla. Ale jak ktoś zna piszcie w komentarzach).

Wyobraźcie sobie gościa, który chce zmieniać świat. Chce znaleźć sposób na głód między innymi w Afryce. Idzie na studia, zostaje biochemikiem i zaczyna badania nad tanim źródłem białka dla dzieci mieszkających w najuboższych regionach świata. Jako, że wychował się na farmie krów mięsnych i mlecznych, uważał, że najodpowiedniejszym źródłem białka jest białko zwierzęce. Okazało się jednak, że wszystko, co do tej pory sądził o żywieniu, zostanie poddane w wątpliwość, by zaistniało nowe. Dziś, po 40 latach badań, dr Campbell twierdzi, że w obecnych warunkach środowiskowych, przy stopniu skażenia z jakim mamy do czynienia, przez wszechobecne w wodzie, gruncie i powietrzu toksyny, nisko przetworzona dieta roślinna jest najlepsza dla naszego zdrowia. A ja mu uwierzyłam.

Nad moim zdrowiem jednak ciężko teraz debatować, gdyż nie ma zauważalnego przed i po. Dlatego zapraszam Was do zapoznania się z historią Majki, mojej internetowej bratniej siostry i bliźniaczej duszy w jednym niewielkim, acz pięknym i walecznym ciele. Maja choruje, a może chorowała, na Endometriozę. W ciągu kilkudziesięciu dni wygrała nową jakość życia dzięki zmianie na talerzu. Jej historię przeczytacie TU. A o tym co dokładnie Maja zmieniła w swoim żywieniu TU. Białka zwierzęce występują w tej diecie w epizodach. Takich jak sceny łóżkowe w reklamach pasty do zębów. Gumy do żucia. Proszku do prania. Hm… wszędzie się zdarzają?! W każdym razie jest to historia zmiany myślenia o tym, czy warto jeść i dlaczego.

W następnym poście „vol. 2” przedstawię Wam jeszcze jedną niesamowitą historię wygranego zdrowia dzięki bezbolesnym zmianom jadłospisu oraz zdradzę co można jeść, żeby na chlebku nie było wędlinki, a na obiad nie zabrakło kotlecika tyle, że nie z martwego ciałka. Będzie też kilka słów o permakulturze, czyli sposobie na pomidorka o zapachu …. pomidorka, bez konieczności zamieszkania w ogrodzie.

Czy winnam Wam wyjaśnienia mojej nieobecności? Jeśli tak – komentujcie. Rozsądzę.

Miło tu być znów z Wami.

* fotografia przedstawia buraka, którego znalazłam w lodówce w swoje 30ste urodziny. 
Wciąż wegetuję bez Nikona i posiłkuję się tym co mam.

Reklamy

2 Comments

  1. Basia

    (nie cierpię tych pytań- a czemu nie jesz mięsa?)
    czekam na część drugą

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.